Ksantypa na Roztoczu

Ksantypa na Roztoczu

Udostępnij

Rzeczywistość i magia. Blog o życiu na Roztoczu.

09/08/2026

Wczesna edukacja
Na Roztoczu dorasta nowe pokolenie mieszkańców. Gdzie się nie obejrzę, wszędzie widzę rodziny z małymi pociechami. Jednak o ile pora wychowu jest ta sama, o tyle kierunki edukacji są znacząco różne.
Zacznijmy od najliczebniejszej populacji zamieszkującej te krzywe, zielone tereny, czyli od kaczek. Mam wrażenie, że jest ich tutaj więcej niż ludzi, a na pewno są lepiej słyszalne. Nic dziwnego zresztą, bowiem od małego są uczone zabierania głosu. Kaczy rodzice, gdy tylko mogą wypuścić maleństwa z gniazda, od razu rozpoczynają właściwą (ich zdaniem) indoktrynację. Rolą kaczki w społeczeństwie jest plotkowanie, komentowanie i podglądanie innych stworzeń. Starsze pokolenie dba o to, aby maluchy od najwcześniejszych dni uświadamiały sobie swoje przeznaczenie.
Edukacja zaczyna się od niewinnej, zdawałoby się, gimnastyki. Małe kaczuszki siadają na trawie i kręcą łebkami we wszystkie strony, starając się osiągnąć jak najszybsze tempo i najszerszy zakres ruchu. Dlatego o tej porze roku często można spotkać je na brzegu rzeki czy rowu, gdzie siadają z główką odwróconą w stronę ogona. Ta elastyczność ma im dać w przyszłości szerokie możliwości obserwacyjne. Płynne ruchy głową, brak ograniczeń w szyi, sprawiają, że kaczka może podejrzeć wszystkich i usłyszeć każde słowo, zwłaszcza, to niekierowane do jej uszu (czy kaczka ma uszy?). Po osiągnięciu szyjnej gibkości, kaczuszki wypływają na szerokie wody stawów i rzek, aby tam opanowywać sztukę cichego płynięcia z jednoczesnym rozglądaniem się na wszystkie strony. Mama, patrząc z dumą na postępy swoich dzieci, zachęca je do odważnego oddzielania się od rodziny i penetrowania szuwarów, bo to tam dzieją się najbardziej emocjonujące rzeczy. Małe kaczki rozpierzchają się więc po wodzie i zbierają swoje pierwsze informacje. Chociaż nie rozumieją jeszcze, co się dzieje w szuwarach, opowiadają wszystko rodzicom, uzyskując zasłużoną pochwałę.
Kaczki uczone są również wesołości, ponieważ, jak wiadomo, przyjacielska atmosfera otwiera wiele dziobów, a nic tak jak śmiech, tejże atmosfery nie buduje. Gdy nadejdzie właściwy czas, kaczki dowiedzą się, kiedy i jak wykorzystuje się zebrane informacje. Dla wzmocnienia głosu praktykują poranne śpiewy i siostrzano-braterskie kłótnie, których nikt ze starszyzny nie hamuje, bowiem to mocny głos jest podstawą plotkarsko-komentujących działań. Tak formowane od maleńkości, w krótkim czasie osiągają istotne sprawności społeczne i uczą się, że informacja jest najcenniejszą walutą.
Zgoła inny stosunek do edukacji swoich pociech mają bażanty. U nich również kształceniem zajmują się głównie mamy, które z pokolenia na pokolenie przekazują niezwykle cenną i praktyczną wiedzę, zamykającą się w następujących słowach: wmawiaj sobie, że jesteś wyjątkowym ptakiem, a potem wymuszaj na innych osobnikach, żeby tak cię traktowały. Trudno zaprzeczyć, że ten kierunek daje niezwykłe rezultaty. Owszem, ma jedną wadę: całkowicie mija się z prawdą, ale nie każdy jest filozofem, więc nie każdemu na prawdzie zależy. I z pewnością nie zależy na niej bażantom. Odrzuciwszy więc prawdę jako zbędny balast, bażancie mamy kształtują nowe pokolenie szczęśliwych, pewnych siebie i ograniczonych światopoglądowo ptaków, które, choć za młodu szare, na życie patrzą przez różowe okulary.
Aby upewnić dzieci w ich wyjątkowości, bażancia mama przeprowadza edukacyjne zajęcia w terenie. Prowadzi swoje stadko przez drogę zawsze wtedy, gdy jedzie samochód – zwykle mój, niestety. Sama rusza przodem, wprost pod koła toczącego się auta, a za nią, jak po sznurku, idą rządkiem wszystkie maleństwa. Samochód delikatnie zwalnia, licząc na to, że ptaki dostrzegłszy go przyśpieszą. Nic bardziej mylnego. Po dojściu na drugą stronę, mama wykonuje zwinny zwrot i wraca, wraz z całą gromadką, na pobocze, z którego wyprawa się rozpoczęła. Samochód oczywiście musi się już zatrzymać i, chcąc nie chcąc, kierowca zaczyna się przyglądać temu szaremu pochodowi. Bażantom się nie śpieszy. Zadowolone z uwagi, jaką się im poświęca, nieco zwalniają kroku, zaczynają raczej dreptać, niż iść, rozglądają się po okolicy, a niektóre nawet przysiadają na środku drogi celem wyrównania oddechu. Samochód stoi, a kierowca patrzy. Bażanty są w centrum uwagi. Nieświadome potencjalnego niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą nawet tak niewielki samochód jak mój, nie nabywają cech lękliwych, święcie przekonane, że każdy chce je oglądać i zatrzyma się na czas. I choć przesłanki są mylne, wnioski – jak najbardziej słuszne
Sarny z kolei próbują ukonstytuować w swoich dzieciach miłość do ryzyka i nonszalancji. Ilekroć podczas spaceru spotykam sarny, zawsze zadziwia mnie ich chęć podniesienia sobie poziomu adrenaliny. Oto przykład. Idę spokojnie obok łąki, na której pasą się sarny: mama i dziecko. Mama mnie dostrzega i nagle rusza pędem w moją stronę. Zastygam zdziwiona, bowiem zawsze wydawało mi się, iż sarny raczej uchylają się przed kontaktami z ludźmi. Tymczasem pedagogicznie nastawiona mama wybiega na drogę kilka metrów przede mną i ponaglającym spojrzeniem zerka na dziecko, nakazując mu wykonać podobny (niejednokrotnie samobójczy) bieg. Przelatują mi przed nosem i wbiegają w krzaki rosnące za drogą. Gdybym była samochodem, a nie człowiekiem, mogłabym nie zdążyć wyhamować, ale nogi na szczęście zdążyły. Po chwili wracają tą samą drogą dokładnie w miejsce, w którym przed chwilą znalazły coś smacznego do jedzenia. Po co więc biegły? I po co uczyć dziecko tak ryzykownych zachowań? Nie wiem. Chyba życie saren jest zbyt monotonne i potrzebne im są jakieś mocniejsze emocje. A w ten sposób dostarczają sobie nowych przeżyć i tematów do rozmów. To nieposzanowanie własnego życia jest ściśle związane z przyjaznym nastawieniem do świata. Sarna wie, że nic jej się nie stanie. Bo gdy się stanie, to już jest za późno na refleksję, więc można powiedzieć, że pozostaje ona stale w stanie (nie)bezpiecznej błogiej niewiedzy.
Po łagodnej i naiwnie ufnej postawie sarny, jastrzębiowe wychowanie budzi przerażenie. Jastrząb stara się już od maleńkości wzbudzić w swoich dzieciach wysoko szybujące poczucie lekceważenia wszystkich wkoło i panowania nad okolicą. Sama dzisiaj się przestraszyłam, gdy, rozłożywszy swoje wielkie skrzydła, przeleciał obok werandy, choć przecież wiem, że moje gabaryty niezupełnie odpowiadają możliwościom łowieckim tego ptaka. Jastrząb uczy dzieci, a w zasadzie dziecko, bo mój jastrząb zza płotu co roku ma pojedyncze sztuki, że nie należy się zbliżać do żadnego niższego stworzenia, w celach innych niż konsumpcyjne. Dzieciak słucha pilnie i poluje, buduje respekt i wywołuje strach, po czym wraca do domu wiedząc, że rodzice są z niego zadowoleni. Jednak gdy tylko się wyprowadzi, okazuje się, że poza rodzicami nie ma nikogo na świecie. Lata po niebie w tę i z powrotem, próbując czasem do kogoś zagadnąć, ale nikt już nie chce z nim rozmawiać, więc młody jastrząb ze złości zabija swoich niedoszłych kolegów. Gdy jest już o krok o terapii, poznaje jastrzębicę, a potem żyją długo i szczęśliwie. Rodzice wiedzą, że wszystko się dobrze skończy (oczywiście nie dla myszy polnych i małych zajączków), więc nie martwią się o jastrzębia, a że wychowanie tyrana niesie za sobą pewien ból – to chyba oczywiste dla wszystkich. No, może poza przyszłym tyranem.
Zostały nam jeszcze bociany. Małe już nauczyły się latać, więc teraz rodzice skupiają się na ich psychice. Subtelnie zaczynają wmawiać dzieciom, jak ważna jest turystyka w życiu bociana. Stosują przeróżne triki, żeby wytłumaczyć konieczność podróżowania. Najpierw, grzebiąc w roztoczańskiej ziemi rozpływają się nad smakiem żab w ciepłych krajach, później, przechadzając się po wsi mówią dzieciom, że wykształcony bocian zna co najmniej dwa języki, a najlepiej jest się uczyć od native’ów, następnie zachwalają odmienną codzienność dalekich gniazd. Dodają do tego obowiązkowe zainteresowanie sportem (bo, jak wiadomo, sport idzie zawsze wespół z turystyką). Maluje się przed młodymi bociankami niesamowite zalety lotów długodystansowych oraz wzrostu poziomu endorfin tuż za granicą Polski i już ma się przed sobą turystę – czyli stworzenie, które nie potrafi dłużej usiedzieć na miejscu, chce ciągle gdzieś lecieć, ciągle coś poznawać, choć w zasadzie nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie: po co?
Która metoda wychowawcza jest najlepsza? Trudno rozstrzygnąć. Ale jedno jest pewne: wychowawczy konserwatyzm gatunkowy na Roztoczu ma się dobrze. I dobrze, bo dzięki temu wiem, że za rok, za płotem, wszystko będzie tak samo.

Obraz: Lavinia Fontana – Bianca degli utili maselli et de ses enfants

19/07/2026

Urodziny
Z przyjezdnymi na Roztoczu bywa różnie. Jedni aklimatyzują się błyskawicznie, stając się częścią lokalnego kolorytu, a nawet wzbogacając go przywiezionymi w walizce osiągnięciami, a inni, do których zaliczam się i ja, nie mając w sobie tej łatwości przystosowania, siedzą sobie troszkę na uboczu tutejszego życia i obserwują. Każde urodziny przypominają mi o tym, że chociaż zdarza mi się nazywać to miejsce „domem”, tak naprawdę jeszcze nim nie jest.
Wszystkie znajomości są świeże i, z racji krótkości czasowej, wciąż nieco powierzchowne. Rodzące się przyjaźnie nie zostały przetestowane przez życie, więc jeśli używam tego słowa, to raczej w znaczeniu życzeniowym niż faktycznym. Mijają kolejne lata, a ja nie zapuszczam korzeni, tylko patrzę w przyszłość. Jakże inna to postawa od typowo roztoczańskiej, charakteryzującej się spojrzeniem do tyłu, za siebie, z nostalgią bądź smutkiem. Celem tutejszej społeczności jest „zachować od zapomnienia”, podczas gdy moim – zbudowanie nowego, bo nie mam tu swojej przeszłości. Nie ma tu niczego mojego, niczego, co chciałabym zachować. Chadzam drogami, które nie są moje, zupełnie jak bezdomny pies. Nie przywiązana, z urwanym łańcuchem u szyi, którego nie mam do czego przypiąć.
Czy tak czują się wszyscy emigranci w czasie urodzin? Otoczeni ludźmi miłymi, ale nie znającymi wzajemnie swojej przeszłości, nie chowającymi się na jednym podwórku, nie pamiętającymi wspólnych wspinaczek po drzewach i zabawy w wojnę na strychach domów? Budowanie całkiem nowego życia w miejscu, w którym kilka lat temu nikogo się nie znało, przywodzi na myśl zakładowego „śledzika”: miło i smacznie, ale to nie są święta. To nie jest rodzina. I nade wszystko – to nie jest dom.
Życie życiem bez przeszłości jest ucieleśnieniem bardzo często powtarzanego na Zamojszczyźnie zdania „zawsze coś nowego”, mającego podkreślać wartościowość owego „nowego” w zasadzie wyłącznie dzięki efektowi nowości. Być może z racji mojego wieku, nowość nie ma już dla mnie waloru z gruntu pozytywnego i potrzebuję nieco więcej, aby uznać coś za wartościowe. Zresztą chyba nie tylko ja. Czytając biografie ludzi wybitnych, zauważałam (wtedy ze zdziwieniem), że wielu z nich po emigracyjnych komfortach, sławach i bogactwie, wracało do swoich często siermiężnych, prymitywnych, biednych i zacofanych ojczyzn. Na obczyźnie byli obcy, ale po powrocie stawali się dziwadłami, bo porzucili lepsze dla gorszego. Kto tak robi? Ich też nie uwiódł czar „nowego”? Czy ja, nie tak wybitna jednostka, również kiedyś wrócę z tego zielonego raju do czterech betonowych ścian? To się okaże.
Słuchając śpiewu ptaków, zamiast fugi klaksonów, zastanawiam się, w jakim stopniu przeprowadzki pustoszą człowieka. Nigdzie nie jest się już wśród swoich. Plemienne potrzeby braterstwa zostają zaprzepaszczone na zawsze. Nie sposób bowiem żyć w społeczeństwie, którego się nie rozumie, którego wartości mijają się z naszymi, w którym życiorysy są całkowicie odmienne, podobnie jak ambicje, wizje i cele. Można żyć „z”, ale nigdy „w”.
Co pozostaje? Tworzenie swojego świata („zawsze coś nowego”?). Gdy już nie jest się zanurzonym w niczym, gdy się nie ma dostępu do tego, co wkoło, prędzej czy później buduje się swoje własne, prywatne „wkoło”. Z braku towarzystwa nagle rozumie się mowę ptaków i dostrzega zróżnicowany charakter drzew. Obserwuje codzienność pająków i szerszeni, by po pewnym czasie nawiązać z nimi znajomość. Znika strach przed myszami, bo to jedyni domowi goście. A czasem, jeśli się ma dużo szczęścia, widzi się elfy, istoty tak samo obce na tych ziemiach, jak my. Okazuje się, że już nie jest się ani tu, ani tam, tylko w całkiem innym świecie, który intersubiektywnie nie istnieje, ale dla oglądającego go – jest bardzo realny.
Ten nieistniejący świat, stał się kilka lat temu moim światem. Powoli uczę się w nim żyć, poznaję jego reguły i rolę sekretarza, która mi w nim przypadła. Na urodziny przychodzą do mnie rządkiem rozwrzeszczane bażanty, elfy, dopominające się o sernik z lukrem i całe stado szpaków. Pająk robi dla mnie wyjątkowo piękną koronkę między sztachetami werandy, motyle dają popis zwinności i wdzięku tańcząc przy dębie, a jabłonki zrzucają pierwsze owoce na urodzinowy kompot. Odwiedziła mnie też kolejna mysz, która najwyraźniej miała nadzieję, że w spiżarce trzymam coś więcej niż do połowy pustą butelkę whiskey i kilka zimowych płaszczy. Z wizytą zapoznawczą zawitał dziwny ptak, jakby subtelniejsza wersja gołębia, bo nieco mniejszy, spokojniejszy i ciemniejszy. Usiadł na oknie w łazience i chyba chciał coś powiedzieć, ale tak mnie wystraszył, że krzyknęłam, co z kolei wystraszyło jego, więc odleciał.
Weranda, moje magiczne „wkoło”, jest na tyle wysoko, że nie da się z niej zapuścić korzeni. Czas płynie, a ja dryfuję po nieswoim morzu, pocieszając się fatamorganą i nadzieją, że prawdziwy ląd jest tuż, tuż. Ale za każdym razem jest to tylko złudzenie. Od swojego domu odpłynęłam za daleko, żeby móc wrócić, do nowych terenów pewnie nie dopłynę, zostaje mi więc tylko ta łódź – weranda, która unosi mnie parę metrów nad poziomem morza i choć na razie nie przybija do żadnego brzegu, jakoś utrzymuje przy życiu. I na niej właśnie, cztery lata temu, między jedną falą a drugą narodziła się Ksantypa.

Obraz: Andrea Kowch – High Tide

11/07/2026

Estetyka
My Elfy, istoty o szerokich horyzontach i wysublimowanym smaku, postanowiłyśmy nie hamować przelewającej się przez nas fali geniuszu i zboczyć na nieznane nam dotąd ścieżki krytyki sztuki. Na sztuce znamy się jak na wszystkim innym, czyli bardzo. Nasz zmysł estetyczny jest nader rozwinięty, więc z góry można zakładać, że i w kwestiach estetycznych zabierzemy merytorycznie istotny głos.
Pierwszej elfowej krytyce poddamy malarstwo Henryka Szkutnika. Nie jest to przypadek, ponieważ gdyby nie Pan Henryk, być może nie poznalibyście nas. Ani Ksantypy (choć to akurat niewielka strata). Ani bażantów, kaczek, psa i jego budy, szerszenia, myszy ściennej, a przede wszystkim Werandy. Uczciwie trzeba przyznać, że do werandy przyłożył się jeszcze Brodaty Redaktor Naczelny, ale dziś nic o nim nie będziemy pisać, bo to ksantypka o sztukach plastycznych, a nie literaturze.
Ta historia zaczęła się dawno, dawno temu, gdy werandy jeszcze nie było, za to była mała księgarenka „U Ksantypy”, do której czytający chodzili kupować nie to, co chcieli, ale to, co Ksantypa kazała im czytać. Ludzie na poziomie nie zwykli się kłócić, więc z czystej grzeczności i dla świętego spokoju płacili za książki, o których przed wejściem do księgarni nawet nie słyszeli. Nic dziwnego, że biznes długo nie przetrwał. Jednak poza nudnymi książkami, było w księgarni coś jeszcze. Obrazy. Takie, jakich się nie maluje w tych czasach. Były więc na nich krowy, wyłażące z ram i brudzące kopytami śnieżnobiałe ściany księgarni, były kruki siedzące na śniegu, które mroziły niektórych bibliofilów, były też zachody słońca tak jasne, że nie trzeba było włączać światła. Turyści nie mogli się im nadziwić, bo przywykli do bardziej stonowanych widoczków i pochód krów jakoś im się nie mieścił w perspektywie salonowych ścian. Kiedyś do księgarni przyszła pewna pani, rozejrzała się wkoło, zobaczyła na ścianach krowy, bociany, kuropatwy, gawrony i stwierdziła: „ma tu pani jak w zagrodzie”. I trochę tak było. Ale Ksantypa dzięki tym obrazom nigdy nie czuła się tam samotna i miała przynajmniej do kogo się odezwać (bo, nie oszukujmy się, niemal całymi dniami siedziała sama).
Domyślacie się już zapewne, że te dziwne obrazy malował Pan Henryk. Jako człowiek ugodowy, zgadzał się nawet malować kolejne krowy na prośbę Ksantypy, bo ona ciągle nie miała ich dosyć i była ciekawa, na jak wiele sposobów i w jak wielu scenkach malarskich mogą wystąpić te zwierzęta. Dobrze, że szybko zamknęła księgarnię, bo rynek sztuki nie wytrzymałby stu kolejnych krów, a galeryjne ściany nie utrzymałyby takiego ciężaru…
A co to wszystko ma wspólnego z nami? Otóż, to Pan Henryk, z dobroci serca, jak to on, zlitował się kiedyś nad biedną Ksantypą, która pisała, choć nikt nie czytał i udostępnił na swoim profilu którąś ksantypkę, jednocześnie dostarczając jej wreszcie czytelników. W tym Brodatego Redaktora Naczelnego (o którym dziś nie piszemy), który później zrobił dokładnie to samo. W ten sposób dowiedzieliście się o werandzie. A potem pojawiłyśmy się my…
Tyle tytułem wstępu. Teraz przejdźmy do kwestii merytorycznych. W tym roku Pan Henryk obchodzi 50-lecie pracy twórczej, a, ku naszemu zgorszeniu, jakoś nie słychać o hucznych obchodach tak ważnego jubileuszu, więc my, w imieniu wszystkich tych, którzy powinni zrobić święto, a tego nie robią, wypowiemy się, dokonując jednocześnie profesjonalnej oceny twórczości Artysty.
Żeby zrozumieć czym jest malarstwo Henryka Szkutnika trzeba dłuższy czas mieszkać na Roztoczu i od czasu do czasu poprzechadzać się po Zamościu. To stąd bowiem, choć nie tylko, pochodzą widoki przedstawione na obrazach. Dla wszystkich ludzi spoza tutejszych terenów, obrazy Pana Henryka są po prostu bardzo kolorowe, zabawnie przaśne i nieco fantastyczne. Ale dla nas, „sąsiadów” Artysty, przedstawione na płótnach sceny to codzienność, choć w nieco żywszej kolorystyce. Tutaj spotykamy żaby wygłaszające przemówienia i samotnego, wygnanego przez gołębie dudka. Na tutejszych łąkach gimnastykują się bociany i tańczą zające. Nad nimi nocą rozsiada się pająk na tle księżyca, przypominającego sadzone j***o, a w dzień lśni słońce, które rozpłomienia dęba. To na obrazach Pana Henryka Zamość traci swą pompatyczność miasta UNESCO i staje się tym, czym jest w rzeczywistości: kilkoma starymi, ładnymi kamieniczkami, pomiędzy którymi chodzą wcale nie tak wyjątkowi mieszkańcy, zupełnie prozaiczne szczury, kilka kotów i nasz ulubiony, bo wierzący w świat duszków – Bolesław Leśmian. Dla nas wyobraźnia Pana Henryka jest nieco podobna do innej wyobraźni, znanej nam z werandy… I podobnie jak na werandzie, tak i przy obrazach Pana Henryka czasem nie do końca wiemy „co poeta miał na myśli”, co jest prawdą, a co, przepuszczoną przez kolorowe oczy, interpretacją szarawej rzeczywistości.
Zastanawiamy się też, czy gdy nikt nie patrzy, Pan Henryk, tak jak Ksantypa, rozmawia z malowanymi bohaterami? Czy odwiedza go czasem mysz, którą później znajdujemy na obrazie? Czy biegnące w rządku kury czasem odwracają głowę w jego stronę? Czy krowy mrugają łobuzersko, gdy malarz prosi, żeby stanęły wreszcie w jednym miejscu? Zapewne pod okiem innego, bardziej surowego i poważnego twórcy siedziałyby równo w rzędzie z fotogenicznym uśmiechem na pyskach. Tymczasem Pan Henryk pozwala swoim postaciom na swobodę, którą daje również swoim pędzlom. Zadziwiająco rzadko można znaleźć u niego precyzyjne kontury, staranne wykończenia, dokładność detalu. Wydaje się, że ta „niedbałość” w połączeniu z fantastycznymi niekiedy scenami, przydaje obrazom życia, ale też pewnej bajkowości. Bo świat taki, jakim go przedstawia Pan Henryk, spotykamy właśnie w bajkach, albo… w okolicach werandy. My, Elfy, jesteśmy z takiego nieprecyzyjnego świata, z grubej kreski, z drżenia ręki, próbującej usadowić niesfornych modeli, podczas gdy one wymykają się i stroją żarty z Artysty (i z widzów). Do końca nie wiemy, czy to Pan Henryk, czy jego niesamowite postacie z tutejszego światka z nas kpią. I czy te postacie żyłyby w równie kolorowym świecie, gdyby je oglądał i dokumentował ktoś inny. Trudno odgadnąć, ale chętnie poddajemy się tej kpinie.
Niestety, mamy też jedną uwagę krytyczną. Henryk Szkutnik, osoba wielewidząca, która nie raz dostrzegła elfi czar, jakoś nie kwapi się uwiecznić nas na płótnie. Dlatego uprzejmie prosimy, aby jak najszybciej powstał obraz, w pełni odzwierciedlający charakteryzujący nas urok i wdzięk. Możemy być w locie. Lub stać tyłem. Bardzo chętnie wystąpimy w towarzystwie krowy. Czekamy z nadzieją na prawo pierwokupu.
Tymczasem pozdrawiamy Pana Henryka życząc z okazji jubileuszu kolejnych niezwykłych obrazów, z których najlepszy będzie ten z nami na pierwszym planie.
Pana zdrowie, Panie Henryku!

Obraz: Szkutnik – Siniaki Na Żerowisku (lub naszymi słowami: widok gołębi na trawniku przed werandą)

05/07/2026

Rozmemłanie pięknem
Dostałam niedawno filiżankę: złoconą, zdobioną różyczkami, ręcznie malowaną, prześliczną. Taka filiżanka służy chyba do picia herbaty, ale ja herbaty nie pijam, więc co rano bezczeszczę ją kawą. Co rano też patrzę na tę, tak inną od moich kubków, filiżankę, obserwuję jak złote brzegi wyłapują promienie słońca krążące w ogrodzie i zastanawiam się, jaką rolę odgrywa piękno w codzienności życia.
Dzień rozpoczynam zanurzona w pięknie mojego ogrodu, wśród śpiewu ptaków i bzyczenia budzących się owadów i, jak zawsze o tej porze roku, coraz mniej mi się chce opuszczać to miejsce. O ile podczas pozostałych miesięcy poranki dodają mi sił do życia, o tyle miesiące pełni rozkwitu zieleni, wprawiają mnie w nastrój niechciejstwa, niedbałości i niezainteresowania niczym. Najchętniej siedziałabym na werandzie od rana do nocy i po prostu rozglądała się wkoło. Nic innego nie wydaje mi się warte uwagi i nic nie pociąga moich myśli. Poza jedną kwestią: czyżbym właśnie odkryła tajemnicę zacofania każdego pięknego regionu świata?
W piękne miejsca, takie jak Roztocze, jedzie się odpocząć, szuka się tam spokoju i powolności życia codziennego. Dlaczego można je tu znaleźć? Ponieważ doskonałe piękno przyrody powoduje rozmemłanie duszy mieszkających tu ludzi, dokładnie tak, jakie obecnie rozmemłuje ono moją. A rozmemłany wewnętrznie człowiek robi wszystko powoli i nieco niedbale, nie stwarza wokół siebie typowo miejskiej atmosfery nerwowości, uśmiecha się do wszystkich, bo nikt nie jest dla niego zagrożeniem, bowiem dostęp do tutejszego piękna jest niereglamentowany, w związku z czym, ludzie nie są dla siebie (znów – jak w miastach) żadną konkurencją. Nikt z nikim nie walczy, bo i o co? Każdy wie tyle samo i ma mniej więcej tyle samo. Trawa za każdym płotem jest równie zielona, a pagórki porośnięte drzewami pomieszczą wszystkich chętnych.
Dla zilustrowania tej myśli przeskoczmy kilka stuleci wstecz i przypomnijmy sobie czasy, w których bogaci ludzie lubili otaczać się pięknymi przedmiotami, siedzieć pośrodku swojego bogactwa i nic nie robić. Wynajmowali innych ludzi, wybitnie utalentowanych artystów, aby tworzyli dla nich piękne otoczenie. I o ile ci wykonawcy byli ludźmi pracowitymi, stawiającymi sobie ambitne cele, pragnącymi niedoścignionej doskonałości i oddającymi temu całe swoje życie, o tyle bogacze otoczeni efektami nieswojej pracy gnuśnieli umysłowo, ponieważ wyłącznie bierny odbiór piękna bardziej uboży, niż ubogaca.
A teraz wróćmy na Roztocze, które jest piękne bez żadnej ludzkiej ingerencji, a my, jego mieszkańcy, możemy mu się przyglądać do woli i bez wysiłku. Do czego prowadzi taki zachwyt bez wkładu własnego? Żyjemy tu cały czas jak królowie na najpiękniejszych zamkach Europy, ale podobnie jak oni, niczym nie zasłużyliśmy sobie na otaczające nas bogactwo. Oczarowani okolicą siadamy i patrzymy. A to patrzenie nie pobudza nas ani do myślenia, ani do działania, ani do twórczości. Szczytem „artyzmu” jest zdjęcie zrobione drogim aparatem, namalowanie widoczku czy (cóż) grafomański tekst o pięknie okolicy.
Tymczasem wszystko, co naprawdę piękne i wartościowe powstaje najczęściej z braku. Poeci o polskiej przyrodzie najlepiej pisali za granicą, malarze najwierniejsze kopie wiejskiej rzeczywistości tworzyli w miastach, Proust najtrafniej opisywał ludzi siedząc zamknięty w pokoju, a Vivaldi ilustrował muzyką pory roku w domu, a nie brykając po łąkach i wąchając kwiatki (na co nie pozwalała mu astma).
I tak dochodzimy do paradoksu: można albo mieszkać w pięknym miejscu, albo mieć coś do powiedzenia o nim. Piękno, którego człowiek sam nie współtworzy, rozleniwia. Gdy tak dużo, jak na Roztoczu, dostaje się bez wysiłku, tegoż wysiłku zupełnie się odechciewa. Po co uczyć się o sztuce, skoro sztuka naśladuje naturę, którą mamy tu w większym formacie niż na to pozwalają ramy muzealnych obrazów. Po co studiować muzykę, skoro muzyka od zawsze starała się naśladować dźwięki przyrody, która na Roztoczu gra dla nas w dzień i w noc. Po co czytać poezję, skoro jesteśmy naocznymi świadkami piękna róży w naszym ogródku?
Czy więc niezasłużone obcowanie z pięknem psuje? Cóż za absurdalny wniosek! Ale... jeśli jest w tym twierdzeniu choćby ziarnko prawdy, to ja dobrowolnie decyduję się pobyć w tym zepsuciu aż (i tylko) do września.

Obraz: Albert Lynch – A Lady Having Tea

28/06/2026

Plac zebrań ludowych
W zamierzchłych czasach, gdy ludziom jeszcze nie przeszkadzało, że są „ludem”, w różnych miastach można było przechadzać się po tytułowej lub podobnie nazywanej przestrzeni. Wielofunkcyjne place sprzyjały integracji na świeżym powietrzu, wspólnej zabawie dzieci, plotkom, pierwszym randkom, mniej lub bardziej dyskretnemu korzystaniu z napojów wysokoprocentowych, a w czasie ważnych rocznic – zbiorowym pochodom.
Chyba wszyscy już zapomnieli o tej nazwie, wypartej przez określenia o bardziej neutralnym wydźwięku i nie ubliżające ambitnym, współczesnym ludziom o silnym poczuciu indywidualizmu. Gdzież im bowiem do „ludu”! Czyż „lud” jeździ luksusowymi autami wielkości dawnego dostawczaka, czyż spędza wakacje w krajach cieplejszych, niż nasze rozgrzane letnim słońcem betonowe sypialnie? Nie, „lud” to wymarłe pokolenia ludzi bez ambicji posiadania najgęściejszych rzęs i najdłuższych paznokci i bez świadomości swojej wysokowrażliwości; bez tolerancji, za to z niepotrzebnym wstydem i domniemaniem własnej niewiedzy. W drodze ewolucji politycznej ostali się tylko najlepsi – współcześni samostanowiący o sobie, dumni ludzie. Czy jednak na pewno?
Patrząc na zalew plenerowych wydarzeń w sezonie letnim, dochodzę do wniosku, że choć pod inną nazwą i cieniutkim płaszczykiem kultury, lud, och przepraszam, Ludzie, nadal wylegają z domów, aby wspólnie oddawać się grupowym uciechom. Liczba osób, które, choć rzekomo tak zindywidualizowane, gnają na kolejne imprezy i w pocie czoła bawią się lub też podskakują, żeby dosięgnąć wyżyn kulturalnych, wciąż mnie zadziwia. Bo jak to w końcu jest: Plac zebrań ludowych (abstrahując od konotacji politycznych) brzmi zacofanie i przaśnie, ale atmosfera dawnego placu przetrwała, idea z upływem czasu nie zwietrzała i jak dawniej się zbierano, tak nadal place gromadzą tłumy.
Każda głośna muzyka, każde migające światełko w przestrzeni publicznej, przywołuje kolejne osoby na wydarzenia mniej lub bardziej starannie organizowane, zawsze z przekonaniem o ich użyteczności społecznej, edukacyjnej, kulturalnej. Gdy tymczasem jest to zwykle prosta rozrywka dla lu…Ludzi. Szczytne cele zwykle kończą z przyziemnymi rezultatami, okazuje się bowiem, że jakby się nie starać, jakby się nie unosić wewnętrznie ponad duchową średnią społeczeństwa, nie sposób wznieść się ponad to, co jest wkoło. A wkoło jest średnio, bo musi tak być.
I podczas gdy ludzie biegają od imprezy do imprezy, dodając sobie ważności byciem „na bieżąco” ze wszystkim, co się wkoło dzieje, roztoczańskie zwierzęta bez kompleksów korzystają ze swoich, po dawnemu nazywanych, Placów zebrań ludowych. W mojej wsi, jak zapewne wszędzie, trwa obecnie pierwszy pokos traw. Każdego dnia znikają z horyzontu kilometry zielonych fal tu i ówdzie poprzetykanych makami lub chabrami. Krajobraz jednolicieje: gładkie, nieco przyżółkłe kikuty nie tak dawnych traw, prężą się i usychają w palącym słońcu. Między nimi leżą wątłe już, wysmukłe i do niedawna pełne życia trawy. Ale zanim zostaną zebrane stąd przez kolejną ryczącą maszynę, chwilę jeszcze poleżą roztaczając po okolicy wspaniały zapach. Na tych nowych placach zbierają się wszyscy tutejsi mieszkańcy. Spotkania rozpoczynają zwykle bociany. Gdy tylko rolnicy zaczynają koszenie, one już ustawiają się rządkiem za traktorem i zajmują teren. I wcale nie chodzi im tylko o posiłek, często po prostu przechadzają się w grupach, dyskutując zapamiętale i kiwając głowami tak, jak dawni dygnitarze i podobnie jak oni udając, że mówią coś mądrego.
Tereny najbliżej werandy obsiadają bażanty. Lokalizacja jest zapewne podyktowana lenistwem tychże, ponieważ tu mają najbliżej ze swoich tuj i choinek. Bażanty organizują pochody, które odbywają się oddzielnie dla pań i panów. Jadąc do pracy mijam więc napuszone marsze kolorowych panów, a z dala od nich szarych pań, za którymi, chyba dla żartu, maszerują niewiele od nich mniejsze gołębie, udające bażanty. I wcale nie przesadzam z tym dostojeństwem kroków. Bażanty na łąkach zachowują się zupełnie inaczej niż przy werandzie. U mnie biegają, podskakują, żartują z psem i wydają głośne okrzyki. Na łąkach przypominają ludzi w pochodach „z okazji”, „ku czci” lub „w intencji”: pełna powaga na dziobie, krok wolny i uważny, zaduma w oczach i poczucie, że jest się kimś innym niż na co dzień, kimś lepszym od bażantów, które pozostały w swoich domkach nie decydując się na grupowe spędy. Co się myśli w maleńkich umysłach drepcących za nimi gołębi? - nie wiem. Może to kpina i karykatura, a może chęć dołączenia do większych i poczucia się ważniejszym…?
Na kolejnej łące siadają szpaki. Te występują zawsze w gromadzie, tak dużej, że aż trudno uwierzyć, że są w stanie zgodnie działać. Szpaki są wcieleniem snu komunisty: prezentują skrajne ujednolicenie. Wśród szpaków nie ma kłótni, nie ma sporów o ważność, wszyscy robią to samo i są w pełni zgodni co do swoich celów. Dlatego nagle spadają na łąkę obsiadając ją tak ściśle, jak krzaczki truskawek, dając harmonijny obraz pełnej jedności. Gaworzą sobie wyskubując coś z ziemi. Potrafią tak przesiedzieć długi czas, by potem nagle wznieść się z wielkim szumem i, jak rój pszczół, zakreślając półokręgi na niebie, usiąść na kolejnej łące lub większym drzewie.
Zdąża się także, że ktoś chodzi po skoszonej łące w pojedynkę. Ale to potrafi tylko kot sąsiada i samotna sarna zza płotu. Kot nie tyle chodzi, co skrada się, jakby właśnie polował. Zawsze trzymając jedną nogę w powietrzu, zapewne po to, aby być bardziej dyskretnym w przemieszczaniu się. Co chwilę zastyga z jedną łapka w górze i przygląda się czemuś pomiędzy kikutami traw. Nie wiedziałam jeszcze, żeby coś upolował lub chociażby za czymś biegł. Może więc jest to tylko ćwiczenie w równowadze, może samodoskonalenie w skupieniu i konsekwencji? Trudno powiedzieć. Za to zdecydowanie przeciwną postawę prezentuje samotna sarenka. Nie starając się być niezauważalną, ani przesadnie cichą, stąpa śmiało po chrupiących z przesuszenia, ściętych trawach, przeciąga się, odpoczywa, od czasu do czasu coś podjadając. Niezainteresowana tym, co wkoło, pogrążona we własnych myślach, z przyjemnością korzysta z ostrzyżonego terenu spacerowego.
Tak, na łąkowych Placach zebrań ludowych nie spotkacie ludzi, za to można zobaczyć zadowolone z siebie ptaki i zwierzęta. Im nie przeszkadzałoby słowo „lud”, bo nie posiadając samorefleksji nie spędzają dnia na kopiowaniu innych i wmawianiu sobie własnej oryginalności. Pogodzone ze sobą, swoim charakterem i losem, roztoczańscy skrzydlaci i futrzaci mieszkańcy są sobą, czyli tym, czym dzięki terapii ma nadzieję stać się każdy współczesny „nie-lud(ź)”.

Obraz: Michael Heming – The people

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Sklep w Zamosc?
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Strona Internetowa

Adres


Zamosc
22-400