Metafora
'Przez przekaz podprogowy wbijamy się do głowy!' UDERZ NA PRIV!
10.01.2014 - WRF9, klub Sombrerro
25.01.2014 - 71RapTime vol.15, klub Backstage
14.02.2014 - WRF10, klub Backstage
13.03.2014 - Boom Bap Na Rejonach! / CentrumStrona + Sensi/Dj Lem, klub Backstage
16.03.2014 - Koncert charytatywny dla Pawła Mierzwy, klub Liverpool
24.04.2014 - Cykliczne Koncerty muzyczne na PWR vol 1.0, klub studencki
26.04.2014 - 71RapTime vol.18, klub Backstage
28.06.2014 - WRF1
‼️Premiera ‼️
Metafora- Dłuto
Link w komentarzu👇👇👇
Mordeczki!
Miał być to post o premierze naszego nowego numeru, ale nie możemy przejść obojętnie wobec zbiórki Łatwogang x Cancer Fighters.
170+ milionów wpłat? ✅️
Złote i platynowe płyty oddane na licytacje? ✅️
Tede dzwoniący na wizji do Peji, dogadujący zawieszenie broni? ✅️
🤯🤯🤯
Jesteśmy pod wielkim wrażeniem całej akcji i również dokładamy do niej swoją cegiełkę. Dzieciaki zasługują na ogromne wsparcie w tej nierównej walce. 🦀
Link do zbiórki w komentarzu.
JR 👊
Kiedy ostatnio zrobiłeś coś bez sprawdzania powiadomień co 5 minut?
Żyję w tempie zabójczym dla czasu na myslenie
20/04/2026
Przez sporą część życia pokazywałem przede wszystkim sobie samemu twarz starannie wybraną.
Taką, która dobrze znosi światło.
Taką, która wie, kiedy rzucić żart, kiedy wzruszyć ramionami, kiedy zrobić minę pod tytułem: „spokojnie, nic mnie to nie rusza”.
Humor i dystans działały u mnie trochę jak system alarmowy. Tylko nie taki, który ostrzega przed niebezpieczeństwem. Bardziej taki, który sprawia, że nikt nie zauważa, że w środku już dawno coś dogasa.
Jak światło, które jeszcze się trzyma, ale z każdą nocą ma w sobie mniej blasku. I jakbym wiedział, że tak jest, ale nie chciał tego dotknąć, bo bałem się, że przy dotyku to światło w końcu zgaśnie. 🕯
I to był nawet niezły układ, dopóki nie przestał działać. A przestał nie nagle, tylko po kawałku.
Najpierw w drobiazgach: w rozmowie, w której żart wypadł o sekundę za późno, w chwili, gdy dystans zaczął pachnieć bardziej ucieczką niż luzem. Potem w większych rzeczach, w relacjach, do których wnosiłem już nie prawdziwą twarz, tylko jej ładniejszą, wygodniejszą wersję.
Z humorem jest ten problem, że potrafi być czymś pięknym, ale potrafi też być bardzo sprytnym kamuflażem. Błazen śmieje się pierwszy nie zawsze dlatego, że naprawdę go bawi. Czasem dlatego, że dobrze wie, co się stanie, jeśli przestanie. 🤡
I piszę to z własnego niewygodnego przykładu. Bardzo łatwo wpaść w potrzebę błyszczenia nawet wtedy, gdy pod spodem już dawno brakuje iskry.
Tworzymy własne horrory. Nie te z krwią i trumnami, tylko codzienne, w których najstraszniejsze bywa spotkanie z samym sobą, gdy nikt nie patrzy. I powód, dla którego są niepokojące, to to, że nie mają napisów końcowych.
A potem przychodzi rzeczywistość i bierze to całe staranne ustawienie pod but. I wtedy dopiero zaczyna się robota. To jest moment, w którym przestaję rzeźbić powierzchnię i muszę wreszcie dotknąć materiału. Poczuć fakturę własnej niedoskonałości. Bez udawania. Bez pozy.
Wracam do domu i siedzę chwilę za długo w aucie po przyjeździe.
Silnik już zgaszony.
Radio milczy.
Na zewnątrz słychać ulicę, ale jakby wszystko działo się trochę obok. Wiem, że powinienem wysiąść, ale siedzę dalej. I może właśnie w takich chwilach najlepiej czuć, że smak własnych wad nie ma w sobie nic wyrafinowanego. To raczej smak, którego chciałbym się jak najszybciej pozbyć, ale nie mogę, bo pochodzi ode mnie. I dopóki udaję, że go nie czuję, dopóty wszystko, co mówię o sobie, jest tylko ładniejszą wersją prawdy.
A czuję, że ładniejsza wersja prawdy często przestaje być moją prawdą, a zaczyna być czymś do pokazania.
Tylko że nie wszystko, co we mnie pęka, bierze się wyłącznie ze mnie. Czasem wystarczy jedno zdanie z zewnątrz, żeby uruchomić miejsce, które i tak już było nadłamane.
Najmocniej nie tną mnie obcy. Prawdziwe cięcia przychodzą od ludzi, których sam wpuściłem blisko. Oni wiedzą, gdzie nie ma pancerza, bo sami kiedyś tam byli. Jedno zdanie od kogoś bliskiego potrafi wejść głębiej niż całe tygodnie własnych rozkmin. Nie dlatego, że jest szczególnie błyskotliwe. Dlatego, że trafia tam, gdzie skóra już wcześniej była cienka.
I nagle okazuje się, że ta cała praca nad sobą, te postanowienia, te wieczory spędzone na analizowaniu własnych zachowań nie przygotowały mnie na to jedno, zwykłe, codzienne cięcie. I ono boli. I boli długo. I nie ma na to plasterka.
I czasem trzeba wtedy zrobić coś, co wcale nie wygląda dojrzale ani pięknie. Trzeba odciąć to, co zatruwa, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej nazywało się to lojalnością, przywiązaniem albo wspólną historią. Nie chodzi tu nawet o heroizm. Częściej o zwykłe przetrwanie. O to, żeby nie obudzić się któregoś ranka i nie stwierdzić, że nie ma już czego ratować.
Próbowałem zdobyć aprobatę ludzi, którzy mieli mnie gdzieś. Potrafiłem latami zachowywać się tak, jakby odpowiednie spojrzenie z zewnątrz mogło mnie w końcu uspokoić. Jakby ktoś miał przyjść i powiedzieć: tak, jesteś okej, możesz już przestać się spinać.
Potrafiłem sprawdzać, czy ktoś odpisał, zanim jeszcze przyznałem przed sobą, że czekam. Przewijać wiadomości nie po to, żeby coś przeczytać, tylko żeby zobaczyć, czy jest tam jakiś ślad zainteresowania. Jakby od tego miało zależeć, czy wieczór będzie do zniesienia.
I nie wiem, czy to jest słabość. Może to po prostu ludzkie. Ale wiem, że kosztuje. I że po latach takiego życia zostaje głównie zmęczenie.
Porzuciłem nadzieję, że coś albo ktoś przyjdzie i zrobi za mnie porządek z tym, od czego sam ciągle uciekałem. To się chyba nie wydarzy. I dziwnie dużo ulgi poczułem w tym, kiedy wreszcie przestałem na to czekać.
Bo wtedy zostaje już tylko praca. Nie wielka legenda o przemianie. Nie duchowy triumf. Tylko codzienne dłuto. Jedno cięcie. Potem drugie. Potem jeszcze jedno. Trochę kurzu. Trochę odprysków. Trochę ciszy po czymś, co miało zostać na zawsze.
I nagle, po tygodniach, miesiącach, może latach, okazuje się, że pod tym wszystkim naprawdę jest jakaś twardsza warstwa. Nie idealna. Nie efektowna. Bardziej taka, którą kiedyś próbowałbym schować niż komukolwiek pokazać. Ale ma swoją wagę.
👹👹👹DŁUTO👹👹👹
PREMIERA: 26.04.2026
Premiera nowego bitu‼️
Nie cofnę się nigdy i przedni czym już..🔪🩸💔🎤
05/04/2026
Jakiś czas temu, w trakcie gry w Skull Kinga 🎴, dokładnie pomiędzy rozkminą, czy ugrać zero, czy jednak pociągnąć wszystkich elegancko na dno, mój kumpel Mario rzucił do mnie tonem człowieka pytającego raczej o to, czy jutro ma padać, niż o sens istnienia:
„Luka, czym dla ciebie jest szczęście?”
Nie odpowiedziałem.
Po części dlatego, że w Skull Kingu są momenty, w których człowiek naprawdę jest zajęty sprawami wyższymi. A po części dlatego, że to jest jedno z tych pytań, które brzmią niewinnie tylko do chwili, kiedy naprawdę próbuję na nie odpowiedzieć. Wtedy nagle okazuje się, że nie chodzi o żaden ładny cytat ani zdanie, które dobrze wygląda na czarnym tle w internecie, tylko o coś dużo bardziej niewygodnego. O to, jak ja właściwie żyję. Na co czekam. Czego ciągle nie umiem odpuścić. I co sobie wmawiam, kiedy mówię, że „jeszcze tylko to ogarnę” i wtedy już na pewno poczuję, że jestem na swoim miejscu.
Od tamtej pory noszę to pytanie przy sobie. 🖤
Nie codziennie, nie w sposób szlachetny i filozoficzny. Raczej jak coś obcego, co wślizgnęło się pod żebra i leży tam bez ruchu, udając, że go nie ma. Aż do momentu, kiedy zostaję sam i znowu czuję jego obecność.
Mogę zacząć od tego, że wiem, czym szczęście dla mnie nie jest.
Nie jest chwilą, w której wszystko się zgadza. Nie jest brakiem bólu. Nie jest stanem permanentnym, do którego dochodzi się jak do chwili, w której wreszcie wszystko w mieszkaniu jest na swoim miejscu i człowiek myśli: dobra, teraz już będzie po mojemu. Załatwione.
Nie wierzę już za bardzo w to „załatwione”. Z każdym kolejnym rokiem wyraźniej widzę, że zbyt często liczyłem, że nowe miejsce albo nowy etap zdejmą ze mnie stary ciężar: lęk, nadzieję, głód, uniki, stare historie, a potem odkrywałem, że on nie zniknął. Tylko usiadł gdzieś z tyłu i czekał, aż znowu zrobi się ciemno.
Chyba przez długi czas liczyłem, że gdzieś istnieje taka opcja, w której można dostać to, czego się chce, i nie oddawać za to zbyt wiele. Jakby życie miało gdzieś ukryty wariant bez kosztu, tylko trzeba było lepiej go poszukać.
Najdziwniejsze jest to, jak długo wydawało mi się to całkiem rozsądne.
Coraz częściej widzę, że rzeczy, które naprawdę coś dają, rzadko przychodzą bez kosztu.
Coraz częściej widzę, ile razy idealizowałem to, czego akurat nie miałem, a pomniejszałem wartość tego, co naprawdę było obecne.
To, czego nie wybrałem, zaskakująco często wydaje mi się lepsze nie dlatego, że naprawdę takie jest, ale dlatego, że nie musiało wejść ze mną w zwykłe życie. Nie musiało zderzyć się z moim zmęczeniem, powtarzalnością dni, moimi lękami, moją skłonnością do nadmiernej analizy.
Czasem myślę, że moja wyobraźnia produkuje wersje alternatywne z wyjątkową hojnością, a potem obarcza teraźniejszość winą za to, że nie dorównuje fikcji.
Ostatnio częściej nie chodzi mi w tym o przyjemność ani stan „jest dobrze”, tylko o to, czy umiem być w swoim życiu bez ciągłego poprawiania go w głowie.
Coraz częściej wracam do jednej myśli: nie szukam już opcji bez straty. Szukam straty, którą jestem gotów ponieść.
Świadomej straty. ✨
Bo świadoma strata nie dzieje się w Excelu. Dzieje się gdzieś głębiej. W lekkim ściśnięciu, kiedy wybieram jedną drogę i wiem, że inne właśnie gasną. W znajomym posmaku żalu, który wcale nie musi oznaczać, że wybór był zły. Czasem oznacza tylko, że był prawdziwy. Że coś rzeczywiście zostało oddane.
Coraz częściej widzę, jak łatwo wpadam w sposób myślenia, w którym wszystko ma być szybkie, lekkie, przyjemne i najlepiej od razu dawać poczucie, że wybrałem dobrze. A przecież wiele dobrych decyzji wcale tak nie smakuje od razu.
Czasem smakują jak wieczór, w którym nie dzieje się nic spektakularnego. Jak odkładanie czegoś, czego bardzo się chce, bo wiem, że potem zapłacę za to własnym spokojem.
Jak rezygnacja nie z marzenia, tylko z jego najbardziej naiwnej wersji.
Czasem czuję się jak miejsce, które kiedyś tętniło życiem, a teraz stoi puste jak parking pod Biedronką w Wielkanocną Niedzielę. 🌫️
Asfalt nagrzany od słońca. Białe linie wyznaczające miejsca, w których teoretycznie można stanąć. Miejsca są, ale jakoś żadne nie wydaje się moje. Wózki wsunięte jeden w drugi. Gdzieś foliówka przesuwa się po ziemi tak lekko, jakby też nie miała konkretnego celu. I ten dziwny rodzaj przestrzeni, który nie daje ulgi, mimo że przestrzeni jest dużo. Wprost przeciwnie. Im więcej pustego miejsca, tym mocniej czuję, że nie wiem, gdzie właściwie postawić siebie.
I bywa, że wtedy szczęście wydaje mi się czymś dużo mniej wzniosłym, niż kiedyś sobie wyobrażałem. Nie żadnym fajerwerkiem. Nie orkiestrą grającą mi w tle, kiedy wreszcie wszystko zrozumiem. Bardziej czymś małym i trochę nieefektownym. Jak moment, w którym siadam wieczorem w dresie, z głową pełną zalegających myśli, kubkiem już lekko zimnej herbaty i nie mam potrzeby robić z siebie człowieka do naprawy.
Może szczęście czasem wygląda właśnie tak: nie jak olśnienie, tylko jak brak potrzeby, żeby każdą pustkę od razu zagadać, zascrollować albo ubrać w wielką teorię o życiu. Jakby egzystencja przyszła z lekko rozmazanym tuszem pod oczami, w starym szlafroku, z siatką z Żabki, i powiedziała: „dobra, nie będzie idealnie, ale może już usiądziemy”.
I jest w tym coś prawie śmiesznego, bo przez lata czekałem, aż szczęście zrobi wielkie wejście, a ono przychodzi jak ktoś spóźniony, trochę zaspany i bez efektów specjalnych. Po prostu siada obok. Nie naprawia życia. Nie wyciera wszystkiego do sucha. Ale przez chwilę nie każe mi się od niego odwracać.
A czasem mogę po prostu siedzieć z tym pytaniem dłużej, bez przymusu, żeby je natychmiast domknąć.
Może szczęście nie jest odpowiedzią, tylko sposobem, w jaki noszę to, czego nie umiem rozstrzygnąć do końca.
Trochę mnie bawi fakt, że to pytanie trafiło we mnie akurat przy grze, w której co chwilę trzeba zdecydować, czy ryzykować, czy odpuścić, czy liczyć na własny ruch, czy czekać na ruch innych. Jest w tym coś niepokojąco podobnego do codzienności.
Tyle że w moim życiu nie ma kolorowych kart. Są dni, wieczory, własne nawyki i wszystko to, co zostaje po wyborach dłużej, niż się zakładało. A potem przychodzi chwila, w której zostaję sam z tym, co wybrałem.
I z tym, czego nie wybrałem też.
Najczęściej właśnie wtedy, wieczorem, odzywa się to, czego nie wybrałem. Nie jako dramat. Bardziej jako znajome ukłucie, że jakaś wersja życia minęła mnie i już nie wróci.
Coraz mniej chodzi mi o to, żeby wreszcie je złapać, a coraz bardziej o to, żeby nie uciekać od własnego życia tylko dlatego, że ma w sobie i światło, i koszt. Bo chyba właśnie w tej niedoskonałej formie daje mi coś, czego nie umiałbym sobie wymyślić. 🖤
[Luka]
Hejt! Hej! Hejt! - Żywię się hejtem🩸‼️
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.
Kategoria
Strona Internetowa
Adres
Wroclaw