SZORTAL
Portal literacki. Newsy, recenzje.
24/06/2026
DC Absolute Noir – Scott Snyder, Kelly Thompson, Jason Aaron, Nick Dragotta, Hayden Sherman, Rafa Sandoval
Stare ikony, nowe fundamenty
Marek Adamkiewicz
Inicjatywa „Absolute” to uruchomiona przez DC Comics w 2024 roku nowa linia komiksów tworząca alternatywne Uniwersum DC. Jej główne założenia są proste i odpowiadają na pytanie: „Co by było, gdyby zabrać bohaterom ich największe atuty i zobaczyć, czy to nadal byłyby te same postaci?”. Nie jest to klasyczny reboot, bo główne Uniwersum DC nadal istnieje – „Absolute” to odrębna rzeczywistość, umiejscowiona gdzieś obok. Na dobrą sprawę nihil novi, prawda? Wszak elseworldów i alternatywnych wersji w DC Comics masa. Ale diabeł tkwi w szczegółach, a te sugerują, że tym razem możemy dostać coś ciekawego.
Uniwersum Absolute to nowe spojrzenie na superbohaterów. W tym świecie są pozbawieni potężnego finansowego wsparcia i muszą walczyć o przetrwanie w znacznie bardziej niebezpiecznych okolicznościach. Tutaj Bruce Wayne nie jest miliarderem, Diana wychowywała się w Piekle, a Kal-El to wyrzutek walczący z klasowymi nierównościami oraz korporacyjnym wyzyskiem.
Mam spore wątpliwości co do tego, czy „DC Absolute Noir” dobrze sprawdza się jako osobny, pełnowartościowy komiks, bo właśnie jako taki jest sprzedawany. Jego zawartość to wszak pierwsze zeszyty trzech różnych serii, a żaden z tych otwieraczy nie jest one-shotem. Śmiało można zatem powiedzieć, że mamy do czynienia z albumem pełniącym rolę swego rodzaju trailera do uniwersum „Absolute”. Tylko czy to zagrało? Celem było danie czytelnikom przedsmaku nowej linii wydawniczej, ale polscy fani superhero raczej nie potrzebowali takiej zachęty – „Absolute” już od jakiegoś czasu zbiera za granicą naprawdę dobre recenzje i wielu czytelników i tak czeka na polski przekład.
Abstrahując od zasadności wydania albumu w takiej formie, same założenia „Absolute” wydają się naprawdę interesujące. To uniwersum ma nie tyle odświeżyć wizerunki znanych bohaterów (zarówno herosów, jak i złoczyńców), ile kompletnie ich przemodelować. Twórcy z pełną świadomością zmieniają fundamenty fabularne, modyfikują świat przedstawiony oraz same postaci, by zbudować wszystko od nowa. I tak na przykład Batman nie jest dziedzicem fortuny, ale kimś, kto walczy z systemem i przestępczością „od dołu”. Jest bardziej agresywny i brutalny niż kanoniczna wersja. Pierwszy zeszyt sugeruje ponadto, że w cyklu poświęconym Nietoperzowi większą rolę odegra społeczny kontekst Gotham. Kierunek wydaje się ciekawy, ale czy Snyder dowiezie? W przeszłości pokazywał, że potrafi świetnie zacząć, by później rozmyć nawet najbardziej fascynujące założenia. Innymi słowy – zobaczymy, gdy ukażą się pierwsze albumy zbiorcze.
A pozostałe dwie serie? Też zaczynają się ciekawie. „Wonder Woman” zmienia pochodzenie Diany. W tej wersji księżniczka Amazonek wychowuje się w piekle, a my będziemy mieli okazję przekonać się, czy dorastając w takich okolicznościach, można stać się wielką bohaterką. Z kolei nowa wersja „Supermana” skupia się bardziej na temacie wykluczenia społecznego, nierówności i walki bohatera o zwykłych ludzi, dla których nie jest symbolem nadziei, ale towarzyszem. Nie oglądamy tu prawie wszechmocnego boga. Twórcy skupiają się raczej na zbudowaniu więzi Kal-Ela z wyzyskiwanymi robotnikami i nakreśleniu mocnego tła społecznego. Cierpi na tym akcja, bo z trzech zaprezentowanych tu zeszytów, „Superman” rozwija się najwolniej. Ale nadal ma sporą siłę rażenia.
Jakkolwiek warto czekać na pełne tomy trzech zapowiedzianych tu serii, to główna różnica jest oczywiście taka, że omawiany album ma czarno-białe ilustracje. Czy taki manewr miał sens? W wielu miejscach taka konwencja nadaje tym historiom klimatu, jednak patrząc na komiks całościowo, wydaje się, że te prace lepiej prezentowałyby się w kolorze, bo w takiej formie, w jakiej je dostaliśmy, potrafią zbyt mocno się zlewać. W kilku miejscach miałem problemy z dostrzeżeniem szczegółów. A tych bywa tu naprawdę sporo. Ich mnogość może jednak być zaletą – w dobie częstego współcześnie cyfrowego kolorowania plansz wersja noir pozwala zobaczyć, ile roboty wykonuje sam rysownik.
O tym, czy pozostałe rozdziały wszystkich trzech zaprezentowanych w albumie serii będą prezentowały się okazale, dowiemy się już latem, kiedy ukażą się pełne tomy tych wersji „Batmana”, „Wonder Woman” i „Supermana”. Na tę chwilę wydaje się, że każda z nich ma potencjał na to, by zaoferować czytelnikowi coś świeżego i nieszablonowego. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie i że Uniwersum Absolute nie ugrzęźnie gdzieś na trykociarskich mieliznach. Bądźmy dobrej myśli.
Tytuł: DC Absolute Noir
Scenariusz: Scott Snyder, Kelly Thompson, Jason Aaron
Rysunki: Nick Dragotta, Hayden Sherman, Rafa Sandoval
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz, Paulina Walenia, Marek Starosta
Tytuł oryginału: DC Absolute
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: maj 2026
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275 mm
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7348-4
18/06/2026
Włoski Skarbiec. Najlepsze komiksy: Massimo De Vita. Tom 1 – Massimo De Vita i inni
Jagoda Wochlik
„Włoski skarbiec” to zbiór albumów z komiksami różnych artystów włoskiego pochodzenia pracujących dla Disneya. Tom siódmy otwiera przegląd twórczości Massimo De Vity, rysownika, rzadziej scenarzysty, który w sumie będzie liczył cztery albumy. Pierwszy z nich prezentuje komiksy związane z Donaldem i Spółką.
Tom siódmy „Włoskiego skarbca” zawiera komiksy: „Mąka na naleśniki”, „Nowe miasto”, „Druga Statua Wolności”, „Znak kraba”, „Mania odchudzania” i „Wiosenne zauroczenie”. Ich bohaterami są Donald, Wujek Sknerus, Super Kwęk i siostrzeńcy.
Początkowo wydawało mi się, że Massimo de Vita nie będzie twórcą komiksów z uniwersum Kaczek, który zwróci moją uwagę. Nie spodobały mi się ani scenariusze, ani kreska dwóch pierwszych tytułów. Wydawało mi się nawet, że gdyby nie fakt, że zobowiązałam się, by o nim napisać, nie doczytałabym albumu do końca. W obu wspomnianych komiksach bohaterem jest Sknerus konkurujący z innym bogatym kaczorem – Kwakefellerem. Na dodatek był to Sknerus o odmiennym charakterze niż ten proponowany nam przez Carla Barksa. Również kreska wydawała mi się jakaś taka kanciasta, prostokątna, niepasująca do Kaczek. Jakbym czytała historię z uniwersum Minecrafta. Miałam wrażenie, że te komiksy są po prostu brzydkie.
Ale potem nadszedł czas na „Drugą Statuę Wolności”, opowiadającą historię posągu, bliźniaka tego, który stanął w Nowym Jorku, i potrzeby jego odnowienia na setną rocznicę powstania. A potem przyszły kolejne świetne historie – „Wiosenne zauroczenie” i „Mania odchudzania”, napisane z pomysłem, poczuciem humoru, dużo ciekawsze niż dwie pierwsze. Przyzwyczaiłam się też do charakterystycznej kreski De Vity, nie wydawała mi się ona już tak kanciasta, jak na początku. Zaczęłam doceniać, że twórca ma swój styl, mocno odróżniający go od innych kaczych rysowników. Nawet jeśli nie wpisywał się on w mój gust.
Po lekturze „Włoskiego skarbca” mam kilka przemyśleń. De Vita nie uplasuje się wśród moich ulubionych kaczych twórców, to pewne. Po drugie, jest dużo lepszym rysownikiem niż scenarzystą, choć jego kreska jest na tyle charakterystyczna, że nie każdy się do niej przekona. Niemniej zbiór zawiera kilka komiksów, które naprawdę warto znać. Tylko czy trzy komiksy mogą być powodem, by kupić cały tom? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami.
Autor: Massimo De Vita i inni
Tytuł: Włoski Skarbiec. Najlepsze komiksy: Massimo De Vita. Tom 1
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 200
ISBN: 9788328182004
16/06/2026
Pięć krain. Naprawdę upaść – David Chauvel, Jérôme Lereculey
Jagoda Wochlik
„Pięć Krain” to cykl komiksów Davida Chauvela i Jérôme'a Lereculeya. Opowiada o tytułowych Pięciu Krainach – każdej zostanie poświęcone sześć zeszytów. Pierwszych sześć dotyczyło krainy kotów, następnie akcja przeniosła się do krainy małp. Obecny, jedenasty tom pt. „Naprawdę upaść” jest piątym z kolei opowiadającym o perypetiach małpich bohaterów i zdecydowanie widać, że historia zbliża się do końca.
Allisa wciąż walczy o zachowanie władzy w swoim klanie. Dawna sportsmenka, po nieudanym powrocie na arenę, którego podjęła się, by ratować chorujące dziecko, postanawia zaangażować się w nielegalne zakłady. Księżniczka Keona, bez zawiadomienia swojej matki, decyduje się napisać do królowej kociej krainy i spróbować nawiązać dialog oraz doprowadzić do współpracy między państwami. Podróżująca po dżungli studentka – poszukiwaczka dawnych cywilizacji – po ucieczce z niewoli zamieszkującego dżunglę plemienia stara się wrócić do domu, a jeden z jego przedstawicieli, który nigdy nie odnajdywał się wśród swoich, towarzyszy jej w tej wyprawie. Inspektor wciąż bada sprawę morderstwa i zaczyna coraz lepiej rozumieć, że prawda nie ma znaczenia, a liczy się jedynie wypełnienie rozkazów.
Poprzednia odsłona „Pięciu Krain” zdecydowanie bardziej mi się podobała. Trzymała dużo żwawsze tempo, losy bohaterów nie pozostawały mi obojętne (pewnie też dlatego, że koty zabijały się na potęgę i naprawdę było jak w powieściach G.R.R. Martina, nigdy nie wiedziało się, kto zginie na następnej stronie), a i fabuła zaprojektowana została ciekawiej. Małpia kraina wygrywa orientalnym klimatem, ale sama historia… są wątki, które zupełnie do mnie nie trafiły – jak choćby opowieść o losach trójki bohaterów przebywających w dżungli, zarówno obojga odkrywców, jak i niedopasowanego do swojego plemienia tubylca. Mam wrażenie, że także wątek dawnej mistrzyni sportowej, który w omawianym tomie już zakończono, oraz policyjnego śledztwa, a nawet wątek powracającej do domu księżniczki należałoby rozwinąć, bo wszystkie wydają się zaledwie dodatkami do opowieści o wojnie klanowej. A szkoda, bo uważam, że każdy z nich, gdyby je rozbudować, miałby niezły potencjał. Niestety, mam wrażenie, że w tej części naprawdę nierównomiernie podzielono uwagę czytelnika na poszczególne historie.
Nie mam nic do zarzucenia warstwie graficznej. Tutaj wciąż mamy do czynienia z tym samym niesamowitym poziomem i tym nadzwyczajnym zderzeniem pięknych, wyrazistych kolorów, bajkowej kreski i przyjemnego wizualnie świata z tym, co się w tym świecie dzieje – morderstwami, zdradami, intrygami. Wciąż uważam, że to niezwykłe połączenie, które trochę zadziwia, a trochę szokuje.
Niezmiennie polecam komiks „Pięć Krain”. Cieszę się jednak, że „małpia” seria dobiega końca, bo zdecydowanie nie będzie moją ulubioną. Jestem ciekawa, do której z pozostałych trzech krain przeniesiemy się teraz.
Autor: David Chauvel, Jérôme Lereculey
Tytuł: "Pięć Krain. Naprawdę upaść"
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 60
ISBN: 9788328178458
27/05/2026
Bat-Man. Pierwszy rycerz – Dan Jurgens, Mike Perkins
Styl ponad treścią
Marek Adamkiewicz
W ramach inicjatywy DC Black Label ukazują się komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika, których twórcy często kładą nacisk na mrok i atmosferę, poruszają też poważniejszą tematykę niż regularne serie trykociarskie. W jej ramach na księgarskich półkach pojawiło się już kilka bardzo udanych tytułów, które mają szansę wejść w przyszłości do gatunkowego kanonu. Potencjał na dołączenie do tego grona miał z pewnością „Bat-Man. Pierwszy rycerz”. Założenia tego albumu brzmią na papierze szalenie interesująco. Ale czy efekt końcowy okazuje się równie udany?
Gotham City, 1939 rok. W mieście dochodzi do kilku brutalnych morderstw, których ofiarą padają wysoko postawieni ludzie. Co więcej, w mrocznych zaułkach zaczyna działać tajemnicza, przypominająca nietoperza postać, walcząca z przestępczością i stosująca bardziej bezpośrednie środki niż związana przepisami policja. Bat-Man, bo tak określa go prasa, dopiero buduje swoją pozycję w mieście, a w toku sprawy staje oko w oko z zagrożeniem mogącym już na starcie zdefiniować jego karierę.
Przeniesienie przygód Batmana do okresu tuż przed drugą wojną światową jest nader interesującym punktem wyjścia dla fabuły. Takie nietypowe mariaże od lat pozostają zresztą znakiem rozpoznawczym komiksów spod szyldu Elseworlds, a do tego grona zalicza się także omawiany album. Zastosowany przez scenarzystę manewr dał możliwość odarcia Nietoperza z tego, co towarzyszy mu dzisiaj i mocno warunkuje jego poczynania, czyli z całego technologicznego zaplecza. Większy nacisk został położony na inne elementy – przede wszystkim na siłę mięśni i umysłu zamaskowanego bohatera. W teorii miało to nadać komiksowi bardziej realistycznego charakteru. I gdyby scenarzysta faktycznie do tego się ograniczył, byłoby w porządku.
Jurgens proponuje czytelnikowi opowieść utrzymaną w duchu ciężkiego, mrocznego kryminału. Czuć pulpowość, widać charakterystyczne dla noir rekwizyty i to akurat jest dobra wiadomość. Problem w tym, że rzeczone elementy pozostają wyłącznie gustownym dodatkiem i nie prowadzą do niczego szczególnie interesującego. Same w sobie robią dobre wrażenie, ale komiks to przede wszystkim fabuła, a ta jest niestety nieco przyciężkawa – kryminalna zagadka nieszczególnie angażuje, a co gorsza, w pewnym momencie pojawiają się elementy zahaczające o fantastykę, kompletnie gryzące się z przyziemnym charakterem śledztwa prowadzonego przez Bat-Mana.
Jeszcze większym problemem okazują się bohaterowie. O tytułowym „Pierwszym rycerzu” dowiadujemy się tyle, że jest bogatym samotnikiem z misją. Jego relacje z innymi postaciami nie są szczególnie dobrze zarysowane. Jurgens próbuje, tego nie można mu odmówić, ale efekty tych starań pozostawiają sporo do życzenia. Romans Wayne’a z pewną aktorką poprowadzono wyjątkowo topornie – kobieta pojawia się znikąd i bez żadnego wysiłku sprawia, że Bruce zdradza jej swoją tajemnicę. Zupełnie nie czuć ciężaru tego wyznania, a podbudowanie psychologiczne tego motywu jest żadne. To rozczarowujące. Podobnie mizernie przedstawia się relacja bohatera z Gordonem, która jest taka sama, jak zawsze, tylko bardziej sztampowa i stereotypowa.
O ile scenariusz rozczarowuje, o tyle ilustracje są elementem, do którego nie sposób się za bardzo przyczepić. Realistyczny styl świetnie pasuje do retrokryminału. Mike Perkins wizualizuje lata trzydzieste z całym ich brudem i niepokojem. Artyście doskonale wychodzi również operowanie światłem i cieniem, co nadaje albumowi wizualnego sznytu noir. Odrobinę cierpi na tym wszystkim dynamika, bo Perkins bardziej skupia się na klimacie, ale nie jest to zbyt duży zarzut, zważywszy na ogólną wysoką jakość tych grafik.
Obiecywałem sobie po „Pierwszym rycerzu” wiele, tymczasem efekt finalny okazał się rozczarowujący. To komiks przypominający efektowną, ale pustą wydmuszkę. Historia, oparta głównie na nostalgii, rozczarowuje w najważniejszej materii, czyli w konstrukcji intrygi. Ten retelling początków Nietoperza jest zbyt bezpieczny i czuć w nim zbyt duży dysonans między dobrym nakreśleniem tła politycznego a elementami jawnie pulpowymi. Czasem podobna mieszanka potrafi zadziałać znakomicie, niestety tym razem się nie udało.
Tytuł: Bat-Man. Pierwszy rycerz
Seria: DC Black Label
Scenariusz: Dan Jurgens
Rysunki: Mike Perkins
Kolory: Mike Spicer
Tłumaczenie: Paulina Walenia
Tytuł oryginału: The Bat-Man: First Knight
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 276
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-7344-6
25/05/2026
Sknerus. Smok z Glasgow – Joris Chamblain, Fabrizio Petrossi
Jagoda Wochlik
Oczywiście wszyscy się zgodzimy, że prawdziwym i niekwestionowanym ojcem kaczych opowieści jest Carl Barks. Niemniej przez lata inni twórcy rozwijali i poszerzali uniwersum o kolejne postaci, wątki, historie. Bardzo istotną odnogą kaczego świata okazały się komiksy powstające w Europie, w tym we Włoszech czy Holandii. „Smok z Glasgow” jest właśnie taką historią – stworzoną przez współczesnych twórców w oparciu o klasyczne dzieje bogacza z Kaczogrodu.
Carl Barks dał nam wiele faktów z życia Sknerusa, jak choćby ten o pierwszej zarobionej dziesięciocentówce. Właśnie do lat, kiedy McKwacz nie był jeszcze sławnym kaczogrodzkim finansistą, a ubogim chłopcem mieszkającym ze swoim klanem w biednej dzielnicy Glasgow odwołuje się komiks Chamblaina i Petrossiego. Otwiera go scena, w której siostrzeńcy chcą pokazać Sknerusowi sztukę wystawianą z kolegami ze szkoły. Stary centuś wyrzuca ich, twierdząc, że nie cierpi teatru. Wcześniej wspomina jednak, że znał dziewczynkę będącą główną bohaterką wystawianej przez chłopców opowieści. W ten sposób cofamy się do końcówki XIX wieku, kiedy wraz z grupą innych dzieci Sknerus bawił się w sztolniach kopalni na przedmieściach Glasgow.
„Smok z Glasgow” jest bardzo krótki, ale jakże on mi się podobał! Przede wszystkim dlatego że czepie pełnymi garściami z biografii Sknerusa, nawiązując do komiksu „Pies Wiskerwillów”. Ponadto album opowiadający o zamiłowaniu Sknerusa do teatru sam staje się wariacją na temat historii znanej nam z „Romea i Julii”. Po trzecie nie stara się uwspółcześniać kaczek. Nie, wręcz przeciwnie, dostajemy konkretną datę – rok 1877, zostajemy poinformowani, że są to czasy dzieciństwa Sknerusa, kiedy rzekomo zaobserwowano smoka z kopalni. Wreszcie to zdecydowanie komiks dla dzieci, ale mimo to zawiera dużo poważniejsze wątki – ci, którzy pilnie uczyli się historii, zauważą społeczne zaangażowanie – wspomniano chociażby to, jak ciężkie było życie ludzi tamtej epoki, jak niebezpieczna była praca w kopalni, a mimo to wykorzystywano do niej dzieci, bo były małe i mogły wchodzić w różne zakamarki szybów.
Nie do końca podobają mi się rysunki Fabrizio Petrossiego. Z jednej strony doceniam, że nieco „odmłodziły”, wizualnie uwspółcześniły kaczki i to naprawdę widać już na pierwszy rzut oka, z drugiej jednak strony… kreska jest na tyle charakterystyczna, że postaci wydają mi się kanciaste, trochę kwadratowe. Przez to, choć bardzo ją doceniam, to jednak nie umiem się przekonać do wizji rysownika.
„Smok z Glasgow” to świetny komiks. Choć zaadresowany do młodszych odbiorców, dzięki nawiązaniom do kanonu kaczych opowieści i słodko-gorzkiemu wydźwiękowi, gdyż w sumie jest opowieścią o kaczorku, który poświęcił marzenia, żeby uratować honor rodziny sprawia, że niejeden dorosły bardziej niż dziecko odnajdzie siebie w tej historii. Nie przegapcie tego tytułu, bo naprawdę warto go przeczytać.
Autor: Joris Chamblain, Fabrizio Petrossi
Tytuł: Sknerus. Smok z Glasgow
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: 9788328169975
Data wydania: Maria Mosiewicz
Liczba stron: 56
ISBN: 9788328169975
22/05/2026
DC kontra wampiry – James Tynion IV, Matthew Rosenberg, Otto Schmidt i inni
Horror wyssany z klimatu
Marek Adamkiewicz
Komiks superbohaterski plus horror to połączenie, które potrafi dać naprawdę interesujące efekty. Na przestrzeni lat twórcy wielokrotnie wykazywali się kreatywnością, oferując fanom tytuły potrafiące zaintrygować, jak choćby „Zagłada Gotham”, mariaż świata Batmana z mitami Cthulhu, czy niedawny „Batman. Pełnia”, w świetny, brudny sposób poruszający tematykę likantropii. Przed lekturą „DC kontra wampiry” miałem nadzieję, że album dołączy do grona tych, które z opowieści grozy czerpią to, co najlepsze.
Przedstawiciele Ligi Sprawiedliwości stają do walki z zagrożeniem, z jakim się jeszcze nie mierzyli. Do świata DC wkraczają bowiem… wampiry. Krwiopijcy – po zmianach w strukturach dowodzenia – rezygnują z kruchego porozumienia z ludzkością i wypowiadają jej wojnę. Celem jest osiągnięcie dominującej pozycji na świecie, nieograniczony dostęp do świeżej krwi, a przede wszystkim władza.
Wspomniałem we wstępie o komiksach superbohaterskich, które świetnie współgrają z horrorem. Niestety jest także druga strona medalu – to albumy, których twórcy jedynie powierzchownie korzystają z rekwizytów grozy i używają ich głównie jako pretekstu do akcji i rozwałki, tyle że w nieco innym niż zazwyczaj anturażu. Tak wyglądały niedawne „Nocne koszmary” i w zasadzie podobnie prezentuje się „DC kontra wampiry”. Liczyłem, że nazwisko Tyniona IV zagwarantuje wyjście poza schematy, ale Amerykanin (do spółki z Rosenbergiem) dostał najwidoczniej zlecenie na coś bardzo bliskiego regularnym trykociarskim seriom, dla niepoznaki ubrany w niecodzienne szatki.
„DC kontra wampiry” to historia spod szyldu Elseworlds, a więc idealny typ komiksu na twórcze eksperymenty. Tynion IV i Rosenberg podeszli do nich w taki sposób, że w toku fabuły nie bali się uśmiercić kilku istotnych dla Uniwersum DC bohaterów. Bo skoro rzecz dzieje się „gdzie indziej”, to w sumie czemu nie, prawda? Czy zabieg okazał się udany? W mojej opinii tak – wizja przemiany superbohaterów w wampiry pozwoliła zbudować atmosferę niepewności – nie wiedzą, kto został zainfekowany ani kto gra na dwa fronty, a to daje pole do ciekawych fabularnych zawijasów.
Jedną rzeczą jest potencjał, inną odpowiednie jego wykorzystanie. I na tym polu komiks wypada niestety gorzej. Fabuła rozwija się całkiem ciekawie gdzieś do połowy albumu, a później niepotrzebnie eskaluje. W pewnym momencie napięcie wyraźnie siada, także z tego względu, że pomysłu nie wystarczyło na cały album. Dwanaście zeszytów to za dużo. Dłużyzny stają się normą, a komiks porzuca paranoiczny ton cechujący jego pierwszą połowę i zamienia się w ciąg starć między przedstawicielami obozów wampirów i ludzi. To z kolei przypomina każdą inną superbohaterską bijatykę, tyle że tu zaprezentowano ją w innej scenerii.
Pod względem graficznym komiks stoi na średniej półce. Główny rysownik tej opowieści, Otto Schmidt, to pochodzący z Rosji artysta, który współpracuje z DC Comics już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie zachwycał warsztatem. W przypadku „DC kontra wampiry” ten obraz się nie zmienia – ilustracje często są bardzo chaotyczne, chwilami wręcz nieczytelne (zwłaszcza detale) i odpychające, gdy przyjrzymy się niektórym twarzom. Wygląda to niestety przeciętnie. Trudno powiedzieć, czy to kwestia ograniczeń warsztatowych, czy może pośpiechu, ale rysunki ciągną ten tytuł w dół.
Najnowsza „horrorowa” propozycja DC nie jest albumem, który w nowatorski sposób czerpałby z tematyki grozy. To typowy współczesny rysunkowy blockbuster stawiający na akcję i jedynie akcentujący inne elementy, lecz niewykorzystujący w pełni ich potencjału. Jako rozrywkowy przerywnik od codzienności sprawdzi się nieźle, ale z pewnością nie dołączy do najlepszych komiksowych horrorów.
Tytuł: DC kontra wampiry
Scenariusz: James Tynion IV, Matthew Rosenberg
Rysunki: Otto Schmidt i inni
Kolory: Otto Schmidt i inni
Tłumaczenie: Magda Gamrot
Tytuł oryginału: DC vs. Vampires
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 304
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7345-3
20/05/2026
Pięć Krain tom 10. Znów muszą się bać – David Chauvel, Jérôme Lereculey
Jagoda Wochlik
Seria komiksowa „Pięć Krain” jest określana mianem „Gry o tron” w świecie zwierząt. Na całość ma się składać zbiór komiksów dziejących się we wszystkich tytułowych pięciu krainach. Do tej pory otrzymaliśmy już historię kociej krainy, obecnie przebywamy w kraju małp. „Znów muszą się bać” to dziesiąty tom serii.
Alissa postanawia spalić rodzinną siedzibę, żeby pokazać siłę swojego klanu. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem. Prowadzący śledztwo komisarz Shin musi mierzyć się także z lokalną polityką i faktem, że nie każdemu w równym stopniu zależy, by sprawca zbrodni został odnaleziony i osądzony. Wątek przebywających w dżungli archeologów (ten zdecydowanie lubię najmniej i jest mi w zasadzie obojętny) również rozwinięto. Zostają oni bowiem pochwyceni przez plemię, z którego pochodzi ich wcześniejszy wybawiciel. Natomiast w pałacu księżniczka Keona powoli godzi się z faktem, że jej miłość się nie spełni i zaczyna szukać dla siebie nowej drogi. Dawna mistrzyni sztuk walki nie cofnie się przed niczym, nawet przed oszustwem, by zdobyć pieniądze na leczenie dziecka (kolejny moim zdaniem kompletnie nieinteresujący wątek).
„Pięć Krain” to seria, którą od początku bardzo przyjemnie mi się czytało. Niewątpliwym plusem małpiego kraju jest jego egzotyczność – wystylizowano go bowiem na Azję, najprawdopodobniej Japonię. Sama historia, choć wciąż ciekawa, wydaje mi się mniej angażująca niż ta, która dotyczyła kotów. Są tutaj postacie, których los kompletnie mnie nie obchodzi, gdy przy poprzedniej odsłonie taka sytuacja nie miała miejsca. W żaden z wątków nie jestem na tyle zaangażowana, żeby zastanawiać się, jak sprawy potoczą się dalej, a w przypadku kociej historii bardzo mnie to ciekawiło.
Ilustracje pozostają na najwyższym poziomie. Bardzo podoba mi się ta estetyka – zderzenie antropomorficznych zwierząt, wyrazistych kolorów, baśniowego piękna z pokazywaniem brutalności, jaką rządzi się ten świat.
Po raz kolejny muszę stwierdzić, że druga z pięciu odsłon „Pięciu Krain” podoba mi się dużo mniej od poprzedniczki, nie ma w niej tej gwałtowności, elementu zaskoczenia i nieprzewidywalności, które towarzyszyły pierwszej części. Ale nadal uważam, że to świetny komiks, zdecydowanie wart waszej uwagi.
Autor: David Chauvel, Jérôme Lereculey
Tytuł: Pięć Krain tom 10 Znów muszą się bać
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Data wydania: luty 2026
Liczba stron: 60
ISBN: 9788328178441
19/05/2026
Władza absolutna. Tom 2: Ruch oporu – Mark Waid, Dan Mora i inni
Sztuka utrzymywania napięcia
Marek Adamkiewicz
Pierwsza odsłona „Władzy absolutnej”, czyli kolejnego wielkiego eventu od DC Comics, była zaskakująco dobrym komiksem. Mówię to z perspektywy osoby zmęczonej crossoverami o wysokiej stawce – historiami wypluwanymi przez wydawnictwo z niesamowitą regularnością i prezentującymi starcia z kolejnymi gargantuicznymi zagrożeniami. Tym razem było w tym wszystkim więcej ducha, wydarzenia miały realne znaczenie, a fabuła w znacznej mierze pozostawała „przy ziemi” – i to te czynniki zadecydowały o dobrym odbiorze „Pozbawionych mocy”. Drugi tom zapowiadał się w tym kontekście nader interesująco.
Po ataku Amandy Waller i podległych jej zespołów superbohaterowie zostają pozbawieni mocy i uwięzieni w specjalnym więzieniu. Nie wszystkich udaje się jednak schwytać – najważniejsi z nich nadal pozostają na wolności i organizują ruch oporu przeciwko nowej, niezwykle skutecznej sile. Ocaleni muszą zmierzyć się z całym arsenałem dostępnym Waller, w tym z dawnymi druhami, którzy teraz walczą po przeciwnej stronie konfliktu.
Duże komiksowe eventy mają to do siebie, że zaczynają z wysokiego pułapu. Mocne otwarcie, wysoka stawka i spektakularne zwroty akcji skutecznie przyciągają uwagę czytelnika. Prawdziwy test przychodzi jednak w kontynuacji – to moment, gdy trzeba utrzymać tempo i rozbudować obraz konfliktu, nie wywołując przy tym wrażenia, że fabuła drepcze w miejscu przed wielkim finałem. Drugi tom „Władzy absolutnej” trafia właśnie w ten najbardziej niewdzięczny moment eventu, ale z postawionego mu zadania wywiązuje się zaskakująco dobrze.
„Władza absolutna” to miks zeszytów z różnych serii i, jak łatwo się domyślić, ich poziom jest zróżnicowany. Co jednak istotne – mało który rozdział (czy to należący do głównej opowieści, czy do któregoś z tie-inów) wyróżnia się in minus. Seria jest wyjątkowo równa. Ciekawie prezentują się na przykład wątki z udziałem Batmana. W ich kontekście podobać może się powrót do motywów z runu Chipa Zdarsky’ego, zwłaszcza Failsafe’a. Pokazuje to, że twórcy mają spójną wizję i potrafią twórczo wykorzystywać najlepsze motywy z różnych serii. Batman, jako największy detektyw Uniwersum DC, idealnie pasuje do świata, w którym bohaterowie muszą działać „od dołu” – świetnie używa swoich umiejętności do działania w konspiracji.
Znaczna część albumu to spektakularna nawalanka, podczas której bohaterowie muszą mierzyć się z kolejnymi zagrożeniami przygotowanymi przez Waller. W kolejnych rozdziałach czuć rangę wydarzeń napięcie – warto to odnotować, bo w eventach nastawionych na widowiskowość wcale nie jest to oczywiste. Na szczęście tym razem twórcom udało się znaleźć złoty środek między patosem a mocą opowieści. Pomogło w tym także pojawiające się momentami rozluźnienie atmosfery. Najlepszym przykładem jest zeszyt, w którym Wonder Woman i Robin przesłuchują Bumeranga, chcąc zdobyć lokalizację tajnego więzienia Waller. To historia oparta bardziej na dialogach i dynamice postaci niż na czystej akcji. Mimo to od początku do końca czuć napięcie, a scenarzysta (tutaj jest nim Tom King) udanie pokazuje różnicę charakterów Diany i Damiana. Zeszyt wyróżnia się także absurdalnym, repetytywnym humorem, który jest specyficzny (podejrzewam, że niektórzy czytelnicy z tego powodu uznają ten rozdział za najgorszy w tomie), ale świetnie działa jako chwilowa odskocznia od wielkiej skali całego eventu.
Podobnie jak poprzednio, również tym razem warstwa graficzna jest bardzo zróżnicowana. Na szczęście praktycznie każdy zeszyt można uznać za udany – twórcy stanęli na wysokości zadania, dzięki czemu czytelnicy otrzymali nowoczesne, dynamiczne ilustracje, które po prostu dobrze się ogląda. Sympatycznym dodatkiem jest też galeria okładek zamieszczona na końcu albumu, choć dobrze byłoby, gdyby jednak umieszczono ich w niej trochę więcej.
Wydaje się, że „Ruch oporu” uniknął mielizn charakterystycznych dla środkowych części trylogii. To album równie udany jak „Pozbawieni mocy”, co naprawdę cieszy, a do tego pierwszy od dawna crossover DC Comics, który tak przypadł mi do gustu. Tytuł wygrywa przede wszystkim tym, że po prostu angażuje, a kolejne zeszyty nie zlewają się w jedno, tylko są odpowiednio zniuansowane. Jasne – nie jest to instant classic, ale na płaszczyźnie czysto rozrywkowej komiks prezentuje się solidnie. Mam nadzieję, że zakończenie tej historii okaże się równie udane. Przekonamy się o tym już za miesiąc.
Seria: Władza absolutna
Tom: 2
Scenariusz: Mark Waid i inni
Rysunki: Dan Mora i inni
Kolory: różni artyści
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Absolute Power Tome 2
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: kwiecień 2026
Liczba stron: 312
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-7342-2
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.
Kategoria
Strona Internetowa
Adres
Marszałkowska
Warsaw
00-000