Poliglota na Rowerze
Cześć! Lubię języki obce i rowery i będę się dzielił wrażeniami z moich wypraw.
22/09/2025
🌄 Zakończenie sezonu perfekcyjne! 🌄
ULTRA DUCH SANU ukończony – dystans „tylko” 300 km, ale to nie same kilometry robią tu wrażenie. Prawdziwym wyzwaniem było ponad 4500 metrów przewyższenia, które sprawiły, że każda godzina w siodle była jednocześnie walką i nagrodą. 🚴♂️
Trasa prowadziła przez serce Bieszczadów – dzikich, surowych i pięknych. Raz w górę, raz w dół, niekończące się serpentyny i podjazdy, które paliły nogi, ale w zamian otwierały widoki, od których trudno było oderwać oczy. Góry wyglądały bajecznie i ciągnęły się po horyzont.
Pogoda dopisała idealnie – jakby Bieszczady specjalnie na ten weekend odsunęły chmury. W dzień jechałem pod bezchmurnym, błękitnym niebem, a w nocy mogłem podziwiać coś, czego nie da się zobaczyć w mieście – rozgwieżdżone niebo, gdzie gwiazd było tyle, że aż trudno je zliczyć. To był moment, w którym człowiek czuje, że jedzie nie tylko na rowerze, ale też przez coś większego – przez historię, przez naturę, przez samego siebie.
Na trasie były chwile euforii – kiedy noga dobrze podawała, kiedy wiatr pchał w plecy, kiedy na szczycie można było spojrzeć w dół i zobaczyć całą dolinę. Ale były też chwile zmęczenia, gdy każdy obrót korby wydawał się walką. I właśnie to czyni tę przygodę wyjątkową – bo dopiero wtedy smakuje naprawdę.
Meta była nagrodą, ale tak naprawdę nagrodą była cała droga – ta dzikość, cisza, kontakt z górami i ze sobą samym. Duch Sanu – czuję, że on naprawdę istnieje i zostaje w człowieku na zawsze.
Perfekcyjne zakończenie sezonu. ❤️
Czas netto 16h 30min
Czas brutto 19h
20/08/2025
Film z pierwszej wyprawy na L’Alpe d’Huez już gotowy. Zapraszam do oglądania:
Wspinaczka na L’Alpe d’Huez na rowerze Zapraszam do relacji z mojej wyprawy na l'Alpe d'Huez
16/08/2025
🚴♂️ Alpe d’Huez – dwa dni, dwa oblicza legendy 🚴♂️
1️⃣ Alpe d’Huez – klasyczny podjazd od Bourg d’Oisans
Bourg d’Oisans budzi się powoli, kiedy staję na starcie. W powietrzu czuć rześkość poranka, ale ja wiem, że za godzinę czy dwie asfalt będzie już parzył od słońca. Przede mną asfaltowa wstęga, która od samego początku nie ma litości – pierwszy kilometr to ściana. Serce bije mocniej, nie tylko od wysiłku, ale też od świadomości, że wkraczam na jedną z najświętszych dróg w historii kolarstwa.
Zakręt numer 21, potem 20, 19… Każdy oznaczony tabliczką z nazwiskiem zwycięzcy etapu Tour de France. Mijam maleńkie kamienne domy, przed którymi starsi mieszkańcy siedzą na ławeczkach, patrząc na kolarzy tak, jakby ten widok towarzyszył im od zawsze. Droga wije się jak wąż, a za każdym zakrętem dolina staje się coraz mniejsza, a ja coraz bliżej chmur.
Nachylenie rzadko spada poniżej 8%, więc nie ma tu miejsca na odpoczynek. Ciało zaczyna mówić „zwolnij”, ale głowa odpowiada „to jest Alpe d’Huez, jedziesz dalej”. Pot ścieka po skroniach, koszulka przykleja się do pleców, a bidon z każdym łykiem staje się coraz lżejszy.
W połowie trasy krajobraz się zmienia – otwierają się widoki na rozległe zbocza, zielone pastwiska, skalne ściany. Czasem widać w oddali kolejny zakręt, tak wysoko, że trudno uwierzyć, że droga w ogóle tam prowadzi. W końcówce powietrze jest już rześkie, ale słońce pali twarz. Ostatnie zakręty prowadzą przez zabudowania Alpe d’Huez – ludzi jest więcej, ktoś krzyczy „Allez! Allez!”.
A potem… prosta do mety. W dole cała dolina, a na horyzoncie pasma gór rozciągające się aż po ośnieżone wierzchołki. Stajesz, patrzysz i wiesz, że ta góra zostanie w pamięci na zawsze.
2️⃣ Alpe d’Huez – od Oz i Villard-Reymond
Ten podjazd to zupełnie inna historia – mniej znana, bardziej dzika, a jednocześnie niesamowicie malownicza. Start w Oz to spokojny początek, ale szybko droga zaczyna wspinać się serpentynami, a każde okno między drzewami odsłania widok na zielone doliny i skalne ściany.
Trasa jest węższa i bardziej intymna niż klasyk od Bourg d’Oisans – mniej ruchu, więcej ciszy, słychać tylko szum własnego oddechu i dźwięk opon po asfalcie. Mijam małe wioski, które wyglądają jak zatrzymane w czasie – drewniane domy, donice pełne kwiatów, a w tle dźwięk dzwonków pasących się krów.
Ostatnie kilometry to prawdziwa uczta dla oczu – panorama rozciąga się na skaliste szczyty Alp, które wydają się być na wyciągnięcie ręki. Świat w dole wygląda jak makieta – drogi wiją się w dolinach, a wysoko, ponad wszystkim, czeka cel: Alpe d’Huez. Wjazd od tej strony ma w sobie coś mistycznego – nie ma tłumów, jest za to poczucie, że dotarłeś tu własnym tempem, zdobywając górę w ciszy i spokoju.
14/08/2025
Mont Ventoux – olbrzym z Prowansji zdobyty! 🚴♂️🔥🏔️
Już wiele kilometrów wcześniej było widać jego sylwetkę. Samotny, dumny, stojący ponad całą okolicą – Mont Ventoux. Z daleka wyglądał jak góra pokryta śniegiem, ale to, co błyszczało w słońcu, to białe, kamieniste zbocza, które od lat przyciągają kolarzy z całego świata.
Najpierw pociągiem do miasteczka Orange. Stamtąd do podnóża góry do wioski Bedoin. Powietrze gorące, prowansalskie, przesycone zapachem lawendy i dojrzewających owoców. Po drodze mijam winnice i właśnie tam robię mały przystanek – winogrona prosto z krzaka, słodkie jak miód i soczyste, aż sok spływa po palcach. 🍇 To będzie moja naturalna dawka energii na dalszą drogę.
Pierwsze kilometry podjazdu są łagodne. Droga prowadzi w cieniu drzew, a w powietrzu słychać cykady. Nachylenie 5–6% pozwala rozgrzać nogi, ale upał szybko daje o sobie znać – na liczniku mam 40°C. Słońce przebija się przez liście, a pot zaczyna spływać litrami. Podczas 2,5 godzinnej wspinaczki wypiłem 2,5 litra wody i tak na szczyt dojechałem lekko odwodniony. W takim momencie puszka Shwepsa z lodówki smakuje niesamowicie.
Potem las gęstnieje. Droga staje się bardziej wymagająca – odcinki po 10% nachylenia, a czasami więcej zmuszają do rytmicznej, cierpliwej pracy nogami z prędkością ledwo 7 km/h. Szum liści, stukot łańcucha, równy oddech. Czuję, że wkraczam w inny rytm – rytm góry.
I nagle… po niekończącym, zdawało się, odcinku las się kończy. Wjeżdżam w strefę, którą każdy kolarz zna ze zdjęć i transmisji Tour de France – kamienista pustynia Mont Ventoux. Tu nie ma cienia, nie ma zieleni. Słońce odbija się od jasnych kamieni i potęguje gorąco. Wiatr jest kapryśny – raz pcha w plecy, by za chwilę uderzyć prosto w twarz. Krajobraz jest surowy, prawie księżycowy.
W oddali widzę białą wieżę na szczycie. Wydaje się blisko, ale kolejne zakręty pokazują, że to iluzja. Każdy metr zdobyty tutaj jest wywalczony siłą mięśni i głowy.
Ostatnie minuty to walka z samym sobą. Oddech staje się cięższy, nogi bolą, ale wieża jest coraz większa. Jeszcze jeden zakręt. Jeszcze kilka obrotów korbą.
I nagle… jestem tam. Szczyt Mont Ventoux. Wokół mnie morze gór, zielone doliny i daleki błękit Morza Śródziemnego. Czuję dumę, ulgę, radość. Przez chwilę stoję w ciszy, tylko wiatr świszczy w uszach.
A potem – czas na zjazd. Ponad dwadzieścia kilometrów w dół, z piekła kamiennej pustyni do chłodnych, pachnących lawendą dolin Prowansji. Niecałe pół godziny i znów jestem w Bedoin. Wiatr chłodzi twarz, prędkość rośnie do prawie 70 km/h, a w głowie tylko jedna myśl: to był jeden z najpiękniejszych i najtrudniejszych podjazdów w moim życiu. ❤️🚴♂️
Czas podjazdu: 2h 20min
12/08/2025
Kolejny alpejski kolos zdobyty! 🚴♂️🔥
Tym razem padło na legendarny Col de la Croix de Fer – 2067 m n.p.m., ponad 29 km podjazdu o średnim nachyleniu 5,2%, 1519 metrów przewyższenia i krajobrazy, które zostają w pamięci na całe życie.
Start w urokliwym miasteczku Allemont – jeszcze spokojnym o poranku, ale już po pierwszych kilometrach serpentyn w stronę Oz czuję, że to będzie jeden z tych dni, które zapisują się w historii moich rowerowych przygód. Droga pnie się w górę wśród gęstych lasów, a zza zakrętów zaczynają wychylać się pierwsze szczyty.
Kilka zakrętów dalej – moment, który zapamiętam na długo. Przede mną otwiera się widok na turkusową taflę Lac de Grand’Maison. Woda odbija w sobie majestatyczne Alpy, a tuż obok potężna zapora Barrage du Grand’Maison – inżynieryjny gigant w sercu gór. Tu naprawdę czuć, że człowiek potrafi tworzyć cuda w harmonii z naturą.
Za zaporą zaczyna się prawdziwa walka – serpentyny prowadzą coraz wyżej, a krajobraz zmienia się z każdym kilometrem. Lasy ustępują miejsca alpejskim łąkom, gdzie pasą się krowy i kozy, dźwięk ich dzwonków miesza się z szumem potoków, a powietrze staje się rześkie… i wyraźnie rzadsze. Każdy mocniejszy nacisk na pedały przypomina, że znajduję się wysoko w górach.
Ostatnie kilometry to czysty spektakl – strome zakręty, widok na bezkresne szczyty, gdzieniegdzie połacie śniegu i lodowce błyszczące w słońcu. Gdzieś w oddali miasteczka w dolinach, które zostają coraz niżej i dalej za mną i cały czas w oddali widoczna piękne sztuczne jezioro.
Wreszcie – charakterystyczny żelazny krzyż na przełęczy. Stoję na szczycie, chłonę widok, który rozciąga się po horyzont. Czuję satysfakcję, radość i… ten rodzaj zmęczenia, który jest najpiękniejszą nagrodą.
A potem – czysta przyjemność. Prawie 30 km zjazdu: wiatr w twarz i prędkość, nie raz przekraczająca 60 km/h. Godzina z hakiem i byłem z powrotem w Allemont.
Czas podjazdu: 2h 40min
Col de la Croix de Fer – zdobyty. A apetyt na kolejne szczyty? Tylko rośnie… 🏔️🚴♂️
09/08/2025
Udało się! 💪🚴♂️
Drugie moje największe marzenie, zaraz po Bałtyk–Bieszczady, właśnie spełnione – Col du Galibier zdobyty! 🏔️✨
42 kilometry nieustannego podjazdu o średnim nachyleniu 5% i 2012 metrów przewyższenia potrafią dać w kość… szczególnie w 37-stopniowym upale. Cała wspinaczka zajęła mi 3 godziny 40 minut, ale było to w 100% tego warte – bo była to najpiękniejsza rowerowa przygoda mojego życia.
Już od pierwszych kilometrów zaczęły się widoki, które zapierają dech: wąskie trawersy wykute w skale, strome przepaście tuż obok, długie tunele, szum górskiego potoku i majestatyczne szczyty po obu stronach. Z każdym kilometrem krajobraz zmieniał się – góry były coraz bliżej, niektóre wciąż przykryte śniegiem, gdzieniegdzie błyszczały lodowce i spadające z wysokości wodospady.
Powyżej 2000 m n.p.m. krajobraz stał się typowo alpejski – zielono-brunatne łąki, na których pasły się krowy i kozy, a w tle dźwięk ich dzwonków mieszał się z charakterystycznym gwizdem świstaków. Powietrze stawało się coraz rzadsze – przy każdym mocniejszym depnięciu czułem, że oddech jest płytszy, a wysiłek jeszcze większy.
W dole – malownicze wioski, przez które niedawno przejeżdżałem. Droga wiła się w dolinie jak wąż, a przede mną – ostatni etap: Col du Lautaret (2058 m) i skręt w lewo na finałowe 8 km o nachyleniu 7%. Widoki? Jak z bajki – dookoła ośnieżone szczyty, w oddali Mont Blanc, lodowce, zielone doliny i monumentalne Alpy.
Wreszcie – szczyt. Na przełęczy Col du Galibier czekał mnie spektakl widoków, którego nie da się opisać słowami. Kilka minut chłonięcia tego piękna… i nagroda – ponad godzina zjazdu, aż do miejsca, z którego ruszyłem 4 godziny wcześniej.
To była podróż, która zostanie we mnie na zawsze. ❤️🚴♂️🌄
Ale to bynajmniej nie koniec moich przygód - czeka na mnie jeszcze sporo podjazdów, w tym legendarne Mount Ventoux!
15/07/2025
Pierwsze ultra w tym sezonie — późno, ale za to jakie! 🚴♂️🔥
515 kilometrów po Śląsku i Czechach, ponad 4500 metrów przewyższenia — czyli Tour de Silesia 2025 w pełnej krasie. Trasa wymagająca, momentami wręcz górska, prowadziła przez malownicze zakątki Beskidu Śląskiego, czeskie wsie, pagórkowate tereny Jury Krakowsko-Częstochowskiej i industrialne krajobrazy Śląska, które też mają w sobie swój urok.
Na trasie nie zabrakło długich, solidnych podjazdów — dwa z nich miały ponad 10 kilometrów każdy, więc było co kręcić i gdzie sprawdzić nogę. W nagrodę za wspinaczkę — widoki, które wynagradzały każdy litr potu. Góry we mgle, zielone doliny, zachody i wschody słońca gdzieś na granicy Polski i Czech — dla takich chwil warto czasem się zmęczyć.
Forma dopisała! 💪
Nogi cały czas kręciły równo, zero kryzysów, zero nieprzewidzianych awarii — to się na ultra liczy najbardziej. Pogoda? Cóż — w dzień lepsza niż prognozy straszyły: jeden, krótki deszcz, a potem nawet trochę słońca. Niestety, noc dała popalić — od północy do rana padało bez przerwy i temperatura, która przypomniała, że w lipcu też bywa chłodno. Ale to jest właśnie ultra — kiedy jest ciężko, to docenia się każdy suchy kawałek asfaltu jeszcze bardziej.
Na szczęście po mokrej nocy nagroda przyszła w postaci pięknego, słonecznego poranka. Ostatnie kilometry to już czysta radość z jazdy, zmęczenie gdzieś się chowa, a człowiek przypomina sobie, po co to wszystko.
Tour de Silesia 2025 — trasa świetnie przygotowana, organizacja na medal, widoki genialne. Jest co wspominać!
Teraz chwila odpoczynku, bo za dwa tygodnie kolejny cel — Zielona Góra. Sezon rozkręca się na dobre!
Dystans: 515km
Czas brutto: 28h
Czas netto: 24h
Videorealcja: https://youtu.be/pxPLRY50YeI
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.
Kategoria
Strona Internetowa
Adres
Olsztyn