Wannabe IronMat

Wannabe IronMat

Compartir

Wannabe IronMat - gdy droga do IRONMANa stała się celem samym w sobie. Dream Big. Execute. Repeat.

Zapraszam do mojej podróży w amatorskim sporcie, pokonywaniu własnych słabości i ograniczeń.

Photos from Wannabe IronMat's post 18/05/2026

zamknąłem serię wiosennych startów treningowo-kontrolnych. W życiu dzieje się ostatnimi czasy na tyle dużo, że media społecznościowe mają dużo niższy priorytet, ale wychodzi na to, że z perspektywy zarówno sportowej jak i zawodowej ta kolejność się broni, bo już dawno pogodziłem się z faktem, że znanym i rozchwytywanym influenserem się nie stanę, a życie prywatne i zawodowe musi toczyć się dalej 😅 To co jednak motywuje do kontynuacji dzielenia się co jakiś czas swoimi przemyśleniami jest fakt, że w dalszym ciągu w różnych miejscach spotykam ludzi, którzy mówią, że czytają i śledzą 😉

Dwa miesiące przygotowań w Polsce od listopada, później pięciotygodniowy turnus w Hiszpanii i od połowy lutego budowanie formy znów w Polsce. Pierwszego dnia wiosny start w biegu wiosennym na 10km. Do życiówki zabrakło niewiele, ale nie to było najważniejsze tylko głowa, która pracowała naprawdę dobrze. Trasa też zdecydowanie bardziej wymagająca niż rok temu, kiedy robiłem PB.

Później katowicki duathlon, który znów w pełnej kontroli wszedł wzorowo, a ja zgodnie z planem wskoczyłem do top20 open na tych zawodach notując progres rok do roku.

Absolutnym hitem był poznański półmaraton, w trakcie którego o ponad 2’ poprawiłem czas z Silesii, robiąc tegoroczną, październikową edycję jeszcze trudniejszą dla siebie, żeby tradycji stało się zadość 😅 1h22m16s to czas, który kiedyś nawet w najśmielszych snach nie przychodził mi do głowy, a teraz jest. Super uczucie.

A creme de la creme tych przygotowań był duathlon w Czempiniu, czyli start, który rok temu mocno mnie sponiewierał. W tym roku świetnie rozegrany pierwszy bieg, rower pojechany na ambicji, mocno, ale pod kontrolą i ostatni bieg, na którym wbiegając na metę nie czułem się wyzerowany, a pobiegłem go ponad plan.

Solidnie przepracowana zima i wiosna, dobre wyniki startów kontrolnych i wejście w blok pod pełny dystans w ciepłej Grecji. Ten sezon układa się na ten moment wybornie i jedyne co trzeba to się nie podpalać tylko kontynuować 🫡

📸📸📸📸 .pl 🫶

15/02/2026

W październiku’25 zamknąłem poprzedni sezon. Później zabieg korekcji wzroku i po miesiącu odpoczynku mogłem wrócić do działania. Dla mnie mija właśnie czwarty miesiąc tego sezonu, który znów na własne życzenie zapowiada się długo, ciekawie i ambitnie. Subiektywnie, oczywiscie, czyli dla mnie.

Ostatnie pięć tygodni to pobyt w Hiszpanii. Mając zorientowanie na cyferkach, mógłbym tu wrzucić kilka, które pokazałyby więcej, mocniej, lepiej. Nie zrobię tego. W tym roku z Hiszpanii wracam z przemyśleniami dotyczącymi mojej motywacji po tylu latach w tym sporcie, w którym cały czas mam wrażenie dopiero raczkuje i zaczynam.

Pierwszy sezon w tri to była fascynacja nowym. Drugi to niespodzianka jak to wszystko ładnie zaskoczyło. Trzeci to pełny (prawie) dystans i zrozumienie, że bez względu na okoliczności trzeba umieć w sumie wykrzesać iskrę co dobitnie wykorzystałem w czwartym sezonie rozpoczętym wypadkiem i zakończonym piękna robotą na sub3h w Walencji. Po tak napompowanym baloniku pełnym oczekiwań przyszedł sezon piąty gdzie niedowiezione cyferki przysłoniły trochę rzeczywistość, w której sezon w istocie był dobry, a oczekiwania po prostu zbyt duże.

Bieżący, szósty sezon i turnus spędzony w Hiszpanii pokazał, że znów mam papiery na najlepszą wersję siebie, ale zdałem sobie sprawę, że na tle moich rówieśników to dalej poziom przeciętny i szukanie motywacji w tym departamencie wiązać się może z rozczarowaniem.

Więc w tym sezonie skupiam się na czerpaniu radości z roboty. Znów pełny dystans przede mną. Później znów mocna połówka i zakończenie długiego sezonu mocnym maratonem. Tym razem skupiam się tylko na tym, by robić swoje i rzeczywiście nie patrzeć na otoczenie, bo na moim, obiektywnym, poziomie nie ma to większego sensu.

I nie chodzi o to, żeby na to nie patrzeć albo sobie trochę odpuścić. Chodzi o to, żeby nie pozwolić by tylko to definiowało mój poziom satysfakcji.

Photos from Wannabe IronMat's post 08/12/2025

Dzisiejszy będzie nietypowy, bo podwójny, a ja zrobię coming out, przed którym skutecznie wzbraniałem się przez prawie półtorej roku od podjęcia decyzji i działań w stronę pomagania innym w ich sportowych przygodach. I choć wciąż ciężko przechodzi mi to przez gardło i palce na klawiaturze to ten drugi medal zgarniam jako - tu właśnie coming out - trener! Ale od początku…

Będąc tutaj już kilka lat, dostałem pytania o prowadzenie innych, bo ludzie widzieli sens, logikę i wiedzę w moich wpisach. Odmawiałem.

Siedząc w tej bańce widzę jednak niebezpieczne wzorce prowadzące do wypalenia czy kontuzji. Wciąż moja wiedza była nieuporządkowana i zdecydowanie nie wiedziałem czego nie wiem, więc postanowiłem przejść kurs na trenera biegania żeby dowiedzieć się w jakich obszarach są moje luki, a w których wiedza już jakaś jest i okazało się, że nie wygląda to źle, a ja mogę stanąć w kontrze do tych wzorców.

Pojawiły się pierwsze “projekty”, gdzie proponowałem podpowiedzi, wsparcie i “jakieś rozpiski”, które przerodziły się w “opiekę”.

I tak oto po półtorej roku działalności i dzięki poczcie pantoflowej, mam na koncie zawodników, którzy:
- rozpoczęli przygodę z procesem treningowym
- pokonali swoje pierwsze półmaratony
- pokonali swoje pierwsze maratony

Dlaczego zwlekałem? Bo nie muszę się z tym ogłaszać. Wiedząc po prostu to co wiem teraz mogę pomóc w wejściu do sportu kompletnemu amatorowi, który chce to zrobić z głową, w zdrowiu i bardziej wyrobić nawyk ze zdefiniowanym sensownie celem niż “zaliczyć” bez względu na konsekwencje.

Mam ten komfort, że mogę komuś powiedzieć “nie” dla pomysłu “od zera, w kwartał, pełny dystans” i zaproponować alternatywę, która będzie zgodna z moim sumieniem i - co ważniejsze - z tym co uważam za “zdrowe”. Jeśli ktoś będzie chciał bardzo osiągnąć swój cel to znajdzie (niestety…) na rynku trenera, który mu w tym pomoże, ale ja przynajmniej będę miał czyste sumienie.

Wczorajszy bieg i dzisiejszy medal monday smakują zdecydowanie inaczej niż rok temu. Jestem dumny z moich zawodników w tym sezonie, a w szczególności z Ali, która przez ostatni rok wykonała kawał dobrej roboty zwieńczonej pięknym biegiem wczoraj.

07/11/2025

Roztrenowanie dobiega końca, a ja jeszcze nie rozliczyłem się w tym miejscu ze swojego ostatniego startu. Półmaraton na Silesii jest już w zasadzie tradycją w moim kalendarzu, ale w tym roku był startem zamykającym sezon, w trakcie którego był apetyt na życiówkę.

Trasa do tych łatwych nie należy, więc życiówka smakuje bardzo dobrze. Rok wcześniej życiówkę też zrobiłem na tej trasie, więc nie było wymówek i zyskanie miana najlepszej wersji siebie nie zależało od tego, że „tamta trasa byla łatwiejsza” - była dokładnie ta sama.

Mentalnie sezonem byłem zmęczony. Czułem, że najlepszą formę mam już trochę za sobą. Miałem wątpliwości czy jestem w stanie wspiąć się na wyżyny. No, ale też wiedziałem, że wątpiąc w siebie skazuje się na porażkę bez startowania, więc dałem sobie przestrzeń na porażkę, żeby zdjąć presję, ale spróbowałem uwierzyć w siebie.

Założenie było takie, że pobiegnę poniżej średniej z ubiegłego roku tak długo, aż mnie odetnie. Z pomocą przyszła rozpiska Mariusz Klatka - Ironsilesia Triathlete & Coach, która nakazywała podobnie, ale dla mnie to był sygnał, że „nie wszystko stracone”. Gość się zna i jeśli coś takiego rozpisuje to znaczy, że jest to w moim zasięgu, więc podbudowało to moje morale.

I tak naprawdę dużo więcej działo się w mojej głowie przed niż na samej trasie. Momentów zwątpienia nie było, noga kręciła. Było kilka trudniejszych chwil, ale w dobrej atmosferze, idealnej pogodzie i na trasie, którą znam jak własną kieszeń zrobiłem dokładnie to co sobie założyłem.

Nowa życiówka stała się faktem. 1h24m44s i 36 miejsce open to wynik, który przed startem brałbym w ciemno. Jednocześnie z życiówki urywam 46 sekund i utwierdzam się w przekonaniu, że głowa i nastawienie jest kluczowe. W sensie - jeśli trening jest zrobiony dobrze, naokołostartowa higiena jest zachowana to tylko my sami jesteśmy sobie w stanie podciąć skrzydła. Cieszę się, że kończąc piąty sezon zabawy w sport bardziej na serio, wciąż jestem w stanie się czegoś nauczyć.

21/10/2025

15 dni. Tyle trwała przerwa od aktywności. Wbiegając na metę Stadionu Śląskiego zamknąłem piąty sezon triathlonowy, którym byłem zmęczony nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.

Po pierwszym tygodniu mignęła mi na Stravie statystyka i „goal streak”, który miałem właśnie skończyć. 91 tygodni z przynajmniej jedną aktywnością z rzędu. Pięknie się to spina czasowo z wypadkiem, operacją i okresem rehabilitacji w styczniu 2024. Oznacza to, że od tamtego czasu nie miałem dłuższej przerwy na co w trakcie ubiegłego sezonu zwrócił uwagę mój Mariusz Klatka - Ironsilesia Triathlete & Coach pytając „kiedy ostatni raz miałem trzy dni przerwy od aktywności”.

Mogłem oczywiście podtrzymać tego „goal streaka” przy życiu logując jakiś spacer, ale ta ciągłość miała znaczenie głównie dlatego, że nie podtrzymywałem jej sztucznie przy życiu. Poza tym nie była celem samym w sobie, z resztą nigdy celem nie była.

Uczciwie powiedzieć, że ostatnie dwa tygodnie przerwy były niejako wymuszone. Podobnie jak ostatnim razem miała ona związek z zabiegiem. Tym razem żadne dzikie zwierze nie miało z tym nic wspólnego, a prowodyrem zabiegu byłem ja sam - zdecydowałem się na korekcję wzroku, po której w zasadzie przez miesiąc mam obowiązkową przerwę od treningu. Na szczęście po takim czasie już mogłem iść dzisiaj co nieco potruchtać.

Sama przerwa była przydatna. Pomijając kwestię zdobycia dwóch-trzech dodatkowych kilogramów, zrobiłem kilka niezłych wyników na Duolingo, przytyrałem trochę zawodowo, poczytałem trochę i tak po ludzku odetchnąłem od narzuconego przez siebie reżimu treningowego. Do tego stopnia, że automatycznie już znowu tęsknię za odrobiną sponiewierania się.

Miałem też trochę czasu na rozkminy i po tych pięciu sezonach złapałem bardzo fajną perspektywę na to gdzie jestem w tym amatorskim sporcie. W kwestii podejścia do treningu niewiele się zmienia - dalej chcę ambitnie się w to bawić. Natomiast trochę zeszło ze mnie ciśnienie, w taki zdrowy sposób. W końcówce ubiegłego sezonu miałem momenty, w których czułem, że musiałem. Coś zrobić, coś sobie udowodnić, coś osiągnąć. W tej chwili czuję, że chcę się w to dalej bawić, ale już nic nie muszę. Przyjemny dystans. :)

05/10/2025

Dzisiaj z kronikarskiego obowiązku będzie krótko, zwięźle i na temat. Wczoraj obiecywany „następny odcinek” już za nami i mimo tego, że nie wierzyłem, że jestem w formie to zrobiłem to co zakładałem wcześniej, że zrobię.

1h24m44s to moja nowa życiówka w półmaratonie. Bieg rozegrany bardzo dobrze. .pl jak zawsze bardzo pozytywna, wymagająca i satysfakcjonująca na końcu.

Trasa, na której znam praktycznie każdą dziurę, wzdłuż której spotkać można dużo znajomych twarzy i meta na Stadionie Śląskim jak zawsze wywołująca emocje. Dziewiąty raz przekraczam metę tych zawodów, dwukrotnie Królewski Dystans, dzisiaj po raz siódmy dystans półmaratonu i czwarty rok z rzędu poprawiam tu życiówkę na tym właśnie dystansie.

Będzie więcej nie tylko o samym starcie, ale o całym sezonie. Na ten moment wiem i czuję, że dzisiaj od rana miałem jakieś inne nastawienie, byłem spokojniejszy i bardziej pewny. Wszystko naokoło zagrało, a ja w trakcie biegu po prostu wytrzymałem i dowiozłem.

Sezon zamknięty, od jutra kilka tygodni przymusowej przerwy, bo w pogoni za marginal gainsami pozbywam się około 150g ciężaru, czyli naprawiam wzrok 😉

04/10/2025

Zamknięcie sezonu numer pięć już jutro. Czuję ulgę, że to już. Jestem przytłoczony i zmęczony ostatnim sezonem choć ostatnio zdałem sobie sprawę, że może to ostatnie dwa sezony, a może nawet cała moja triathlonowa „kariera”.

Nie będę się nad sobą użalać, bo nie żałuję absolutnie niczego. Żadnej minuty spędzonej na treningu, żadnej złotówki poświęconej, żadnej decyzji z tym związanej. Cieszę się po prostu, że wbiegając jutro na metę półmaratonu z czystym sumieniem zrobię sobie wolne.

W sumie czy się będę cieszyć i czy z takim czystym sumienie zależy trochę od tego jak mi pójdzie. Trochę, bo nie czuję się na życiówkę, a planując tę część sezonu zakładałem, że będę znowu najlepszą wersją siebie na ten dystans. Tym bardziej, że w ostatnich trzech latach udawało mi się tą poprzeczkę podnosić na tych zawodach.

Z drugiej strony nic nie muszę. Mimo, że lekcji pokory w tym sezonie było sporo to obiektywnie patrząc był on dobry. Ewentualny brak PB jutro nie będzie definiował ostatniego roku, ale… no właśnie. Znam siebie i znam też to „że jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”, czy jakoś tak.

Próbując zdjąć z siebie presję wyniku utrzymuje, że jutro kluczowym do oceny będzie mental w trakcie startu i umiejętność zagięcia się w dyskomforcie. Jak będzie?

*trailer voice*
Przekonamy się o tym w następnym odcinku 😉

18/09/2025

…cieszyłem się z tej mety. Wbiegając nań wiedziałem, że mogę złamać te 4h40m, ale na kilka metrów przed metą w publiczności wypatrzyłem , czyli największe wsparcie tego sezonu. Kilka sekund, które “straciłem” na wspólne celebrowanie tego wyniku były tego warte.

4h40m05s to moja nowa życiówka na dystansie IRONMAN 70.3. Wyścig, w którym popełniam kilka błędów. Wyścig, z którego pomimo tych błędów wychodzę obronną ręką i jestem dumny z własnej postawy.

Na pływaniu podniosłem się mimo niepowodzeń. Na rowerze sobie nie odpuściłem. Na biegu pokonałem ból i kilka kryzysów. Trochę patetyzmu nie zaszkodzi, żeby poklepać się po plecach i pochwalić za kolejny sezon, w którym znów stałem się sportowo najlepszą wersją siebie.

Mimo, że to już dwunasty raz to znów nauczyłem się czegoś i wiem, że każdą taką lekcja zaprocentuję w przyszłości.

🏊 00h40m03s (avg: 2:06min/100m)
🔀 00h05m12s
🚴 02h21m10s (avg: 38,30km/h, 243W, 246NP)
🔀 00h03m30s
🏃 01h30m11s (avg: 4:17min/km)
🏁 04h40m05s

17/09/2025

Pierwszy kilometr, standardowo, za szybko. Na tym dystansie mam już “jakieś” doświadczenie i tyle mi wystarcza, żeby określić jakie bieganie danego dnia się wylosowało. Zwalniam nieco poniżej założonego biegania na pierwsze dwa okrążenia (4:18-4:21) i pierwsze dwa okrążenia robię w tempie bliżej 4:15.

Za dociskanie na rowerze przyszedł rachunek w postaci bólu w odcinku lędźwiowym. Zapieklem bioderka. Wiedziałem, że jeśli nie zgarbię się na biegu powinno puścić i faktycznie puściło, ale dopiero po drugim okrążeniu.

Wiele kosztowało mnie, żeby nie przejść do marszu lub zwolnić. Po pierwsze świadomość “rywala”, po drugie świadomość odjeżdżającej życiówki i po trzecie i najważniejsze - świadomość, że to ostatni wyścig w sezonie, w którym głównym celem było, żebym na koniec dnia nie miał sobie nic do zarzucenia. I to ostatnie było myślą, której trzymałem się kurczowo do końca biegu.

Strata do konkurenta malała, o czym raportowano mi co okrążenie. Zaczęło się od 4,5’, a na ostatnim kółku miałem już niecałe 2’. Wiedziałem, że jeśli chce tutaj powalczyć nie mam wyjścia i muszę biec mocno.

To było bardzo przyjemne, bo gdybym skupił się na życiówce to możliwe, że bym sobie odpuścił mając ponad 3 minuty zapasu. Ale chciałem dać ile miałem, a nie tylko tyle “ile trzeba”.

Kilka kryzysów zażegnałem. Nie udało mi się jednak pobiec najszybszego półmaratonu na połówce. 1h30m10s prawie wystarczyły do złamania 4h40m, które złamane do ostatnich metrów w zasadzie widziałem, no ale wbiegając na “the magic carpet”… c.d.n.

16/09/2025

Od początku lecę piecem. Noga podaje, a ja staram się nie rozpamiętywać tej sytuacji na pływaniu. Po 10 minutach lekko odpuszczam, bo jadę wysoko powyżej założonych watów (założone 252-255 NP, jechałem 280NP). Tym razem miałem też założoną prędkość na pierwsze 30km - 37,5km/h - i tego założenia nie słucham, bo dawało mi “tylko” wyrównanie strat z pływania, a nie po to tu przyjechalem. Więc troche ryzykuje.

Ogólnie o rowerze niewiele jest do opowiedzenia, bo trasa w żadnym wypadku nie jest skomplikowana. Większość trasy po dość dynamicznym początku przejeżdżam w zasadzie w spokoju, jak zwykle wyprzedzając.

Pierwsza połowa obiecująca, a to oznacza, że w drugiej połowie przyjdzie zapłacić rachunek za wiatr. Waty się zgadzały do 60km, bo pojechałem 250NP. Na ostatnich 30km dociskałem ile miałem, mając w pamięci, że przede mną jeszcze półmaraton i finalnie pojechałem 243NP ostatnia “tercje”.

Finalnie z roweru jestem bardzo zadowolony. Bardzo pomógł mi start w sztafecie w Krakowie. Wyciągnąłem lekcje z Vitorii i nie zapominałem o nawodnieniu. Starałem się trzymać pozycję możliwie nisko za co prawdopodobnie rachunek przyszedł chwilę później.

Nie zmienia to jednak faktu, że jestem zadowolony, ale widzę też pole do usprawnienia - pozycje. W tym kierunku poczyniłem już pewne kroki, ale na efekty i działania poczekam jeszcze z pół roku 😏

2h21m10s to czas odrabiający straty z pływania z dobrą nawiązką. W strefie znów staram się nie grzebać i ruszam na bieg… c.d.n.

15/09/2025

Biegnę. W głowie myśli, że cel odjechał o jakieś 2 minuty z groszem. Ale cofnijmy się jakąś godzinę w tej opowieści…

Po przyjeździe na start, ogarnięciu roweru, zakładaniu pianki poczułem luz. Nie to, żebym się mocno spinał, ale przegadałem ze sobą cele i te mniej cyferkowe były jasne i, jak zwykle, ambitne.

Byłem gotowy, żeby po raz dwunasty stanąć na starcie. Smaczku dodawała bezpośrednia rywalizacja z , ale był to dodatkowy motywator, bo najważniejsza tego dnia była walka z najlepszą wersją siebie z ubiegłego roku.

Wbiegliśmy do wody. Mój “rywal” ruszył jak wściekły czego się spodziewałem wiedząc, że muszę płynąć swoje. W ubiegłym roku zrobiłem pływanie najlepsze na tym dystansie i chciałem przynajmniej się z nim zrównać. Po 400m jednak wydarzyło się coś, co nie wydarzyło mi się nigdy wcześniej - bez niczyjej “pomocy”, bez fali, zachłysnąłem się wodą tak, że przez kilka chwil trochę panikowałem. Później doświadczenie wygrało i najpierw ogarnąłem się żabką, chwilę później spokojnym kraulem i wróciłem do roboty. Myślę jednak, że mogło mnie to kosztować ze dwie minuty.

Reszta pływania już bez niespodzianek. Popłynąłem “swoje”, jak zwykle i wyszedłem z wody po 40 minutach i 3 sekundach, czyli dalej jedyne pływanie poniżej 40 minut mam z ubiegłego roku, gdzie “złamałem” 38’.

No i właśnie, wracamy do początku tego wpisu. Dwie minuty z okładem mam do nadrobienia w walce o życiówkę. Od najlepszego supportu - - dowiaduje się, że “konkurent” ma pięć minut przewagi. Nie grzebie się w strefie (a i tak wychodzi jedno i to samo) i cisnę na rower… c.d.n.

¿Quieres que tu figura pública sea el Figura Pública mas cotizado en Valencia?
Haga clic aquí para reclamar su Entrada Patrocinada.

Categoría

Dirección


Valencia
46000-46080