Livia Wagner
Pióro i skalpel. Słowa, które zostają pod skórą. Zanim opowieść stanie się książką ↓
newsletter.liviawagner.com
16/05/2026
Co to znaczy, że projekt jest osobisty?
Że tekst odtwarza życie? Bohaterowie są kopią autora lub ludzi z jego otoczenia?
Nie.
Nie w przypadku tego tekstu.
Największą trudnością projektu takiego jak moja „Marionetka” jest fakt, że zaczęłam tworzyć, tworzyłam i tworzę z miejsca, które nie jest neutralne.
Gdy człowiek tak głęboko wchodzi w doświadczanie tekstu, bo właśnie w tej sposób pracuje z własnym bólem i rozpadem swojego życia, tekst (dla autora) przestaje być tylko tekstem, staje się nośnikiem największej pustki i największej nadziei równocześnie. To wysoka cena, o której być może się nie mówi.
Wielomiesięczne czekanie na odpowiedzi wydawnictw wydaje się czymś większym niż jest. Cisza jest głośniejsza. Odmowa bardziej boli.
Tekst to czubek góry lodowej; pod spodem jest moja własna walka z traumą, żałobą i stratą. Pod spodem jest warsztat, który szlifuję pedantycznie, bo tylko pracując w języku czuję kontrolę nad czymkolwiek.
Pod spodem są momenty na długie spacery, kiedy zamiast czuć własny, rozdzierający wszystko ból, wolałam myśleć o tym, ile muszą znieść moi bohaterowie.
Ale w „Marionetce” mieści się dużo dobra. Bliskość. Tzw. - podobno. Głupotki. Jedzenie kebabów na mieście (choć nie wiem, czy w Edynburgu są takie budy, jakie opisałam; musiałabym sprawdzić – najlepiej osobiście, Mężu, proszę mnie tam zabrać. Ale mój Jamie kocha kebaby – więc moja wyobraźnia postawiła taką budę tuż obok ich teatru, żeby nie miał za daleko, a co). Szukanie właściwych słów.
Ja szukam wydawcy.
Szukam osoby, która potwierdzi, że z miejsca największej odsłoniętej rany udało mi się stworzyć coś pięknego, coś, co ma sens, co niesie.
Moja własna prywatna latarnia mówi, że mam się nie bać selfpubu. Że to też jest droga, może najwłaściwsza dla tego tekstu – tekstu, który chciał być dark romansem. Ale nim nie jest. Który rozmontował to, co mi osobiście przeszkadzało w literaturze popularnej. Uległość bez kosztu.
Piszę ten tekst na telefonie, wcześnie rano, łapiąc te wszystkie myśli, które pojawiły się jak narracja w mojej głowie (pamiętasz taki motyw w „Holiday”? Gdy producentka zwiastunów filmowych w randomowych momentach słyszała głos z offu komentujący jej życie? Mam tak.)
Równocześnie myślę o tym, że żeby ten tekst działał (co to w ogóle znaczy, chodzi tylko o wyświetlenia?) na bookstagramie, muszę zaplanować i zaprojektować rolkę lub karuzelę.
W tym momencie to się nie uda. Odbierze frajdę z procesu tworzenia. Tu będzie tylko ten tekst – i zdjęcie z sesji, która w tle również ma bardzo dużo bólu. Ale to inny rozdział, nie na dziś.
A rolka pewnie i tak powstanie.
Will see.
13/03/2026
Dlaczego ten profil jest taki pusty?
Bo piszę.
Ot – tylko tyle i aż tyle.
Piszę i zastanawiam się, czy czujesz czasem to samo co ja: ciszę w relacji. Czy widzisz różnicę między ciszą, w której rośniesz – a taką, w której po prostu odebrano Ci głos.
Piszę o tym, jak łatwo można uzależnić się od czyjejś uwagi i obecności – zwłaszcza wtedy, gdy długo żyło się w pustce.
Dziś pisałam o tym, co dzieje się z kobietą, która ma wrażenie, że jest niczyja – i że nie należy nawet do siebie.
Jeśli kiedykolwiek próbowałaś zrozumieć, dlaczego ktoś miał nad Tobą władzę, której nie powinien mieć – albo czujesz, że coś jest mocno, mocno nie tak, ale jeszcze nie wiesz dlaczego – to będzie książka dla Ciebie.
A tak z innej beczki...
Czy prowadzenie social mediów przyspieszy decyzje wydawnictw?
Nie.
Czy pisanie drugiego tomu przyspieszy wydanie pierwszego?
Niekoniecznie.
Ale to nic.
Większość czasu i tak spędzam po drugiej stronie, przy tekście.
Jeśli jesteś tu już dziś – cieszę się. Naprawdę.
Ciąg dalszy tej historii dopiero się pisze.
____________
Przyjaciele Marionetki:
Kadry:
W kadrze:
02/03/2026
Ratunek.
Nie ma prostszej rzeczy w literaturze.
Prawda?
Wystarczy jedno zdanie.
Jedno wyznanie.
Jedna właściwa reakcja.
I chaos się kończy.
Tylko że to konstrukcja.
Nie życie.
Dlaczego archetyp ratownika jest tak kuszący – i czy na pewno jest niewinny, skoro odbiera bohaterce sprawczość?
O scenie, którą napisałam - i wyrzuciłam, o (także mojej) potrzebie ratowania i o tym, dlaczego literatura, która ma być prawdziwa, bywa bardzo niewygodna, w najbliższym newsletterze. Zapisz się, jeśli chcesz czytać dalej: https://newsletter.liviawagner.com/
21/02/2026
Poranek. Pierwsza kawa.
Przymknięcie drzwi, by nie obudzić Męża.
Gdy woda się gotuje, obrywam ze zmęczonej już róży pojedyncze płatki. Jej czas się skończył, spełniła swoje zadanie, efekty niebawem.
Ustawienie kilku kadrów, tak potrzebnych w pracy online. Budowanie świata słowami i obrazem. Do tego przygotowały mnie studia polonistyczne? Zapytam jednego z profesorów, gdy "słowo stanie się ciałem". Mam postanowienie - gdy podpiszę umowę z Wydawnictwem, oznajmię swojej uczelni, co wyrabiam. (Jeden z moich niekwestionowanych autorytetów, gdy przyszłam kiedyś na uczelnię i dałam mu kolejną swoją książkę, nazwał mnie "tą dziewczyną, która pisze". To zobowiązuje). Także... Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej UAM - stay tuned ;)
Kliknięcie w nigdy niezamykanego Worda (mój biedny komputer funkcjonuje tylko w trybie "uśpij", nigdy "wyłącz"), Tom 2, przejrzenie kilku akapitów, by wbić się w emocje. A one są potrzebne. To ten moment, gdy pisarz tylko spisuje historię, która żyje tak jak chce - wreszcie. Nie ma ciągłej linii w mojej głowie od punktu a do b. Bohaterowie, gdy dać im głos, są sobą. Mimo że czasem mieszają w moim planie wydarzeń.
Wracam do pisania.
To, że jest cicho, nie znaczy, że nic się nie dzieje.
W moim przypadku - w tej ciszy dzieje się najwięcej.
13/02/2026
Zanim pokażę Ci tekst tej historii – chcę powiedzieć, czym ona jest.
To opowieść o ludziach, którzy próbują być blisko, nie wiedząc jeszcze, jak nie zrobić sobie krzywdy.
O miłości, w której czułość miesza się z kontrolą.
I o wolności, której trzeba się uczyć – krok po kroku, minuta po minucie.
Poznajmy się.
www.newsletter.liviawagner.com
____________________
27/01/2026
Czy muzyka może być ciepła jak wełniane skarpetki i miękka jak zimowa czapka?
Nie wiem. Być może. Ja tak ją czuję.
Ten fragment mógłby nazywać się „żeby nie zmarzła”. I też by pasowało.
____________________
Tło muzyczne do projektu „Marionetka”
Woolen Socks and a Hat | Original Piano Sketch | The Marionette PL: Fragment ze świata powieści „Marionetka”. Zaplecze projektu. „Woolen Socks and a Hat” – szkic fortepianowy. EN: Sounds from the world of my novel „The Ma...
21/01/2026
' Będzie lało, więc nie wychodź na długo. Deszcz tutaj jest inny. Pada nie po to, żeby zmoczyć. Tylko po to, żeby zmusić do zostania.
Są noce, w których jedyne, co słyszysz, to nieustanny, drobny deszcz.
Deszcze w Szkocji właśnie takie są, monotonne i nieuchronne.
A jak może brzmieć pierwsza noc w obcym mieście? Gdy oprócz deszczu o serce uderza coś jeszcze - narastająca samotność?
Dla mnie „Marionetka” od zawsze istniała jako połączenie dźwięku i słów.
Piszę - przy muzyce.
Gram - po pisaniu. W trakcie. W przerwach. Czasem coś utrwalę. Czasem nie. To jak oddech - palce nadal tworzą, ulotnie i nieidealnie, głowa błądzi (czasem palce też - zwłaszcza wtedy, gdy to wciąż improwizacja, a jeszcze nie utwór).
Ale w tym kryje się prawda - moja i tego świata.
Bądźcie w tym ze mną. I posłuchajcie.
First Night in Edinburgh – Extended Version | Original Piano Sketch | The Marionette PL: Fragment ze świata powieści „Marionetka”. Zaplecze projektu. „First Night in Edinburgh” – szkic fortepianowy (wersja rozszerzona z cięższym motywem). EN:...
17/01/2026
Nie planowałam tego posta.
Nie w środku dnia, nie w taki sposób, nie w takiej formie.
To był późny wieczór, powieki już jak zasypane piaskiem, zimna resztka kawy w ulubionym kawowym kubku. Ta presja, by dokończyć – i satysfakcja, gdy się udało.
Ukończyłam pierwszy akt drugiego tomu. Krok niemalże milowy. Wykańczający na wskroś. Ale w pewien sposób onieśmielający aż do łez.
Stworzyłam post, zdjęcie Worda z liczbą znaków, z tekstem, w którym brzmiała duma.
I wiecie z czym jeszcze?
Z dwoma powtórzeniami, które mi umknęły. Tak bardzo skupiłam się na emocjach tej chwili, że poprawność wylądowała na drugim planie.
I tu wydarzyło się coś, co dziś nie może mi wyjść z głowy. Zamiast machnąć ręką, podzielić się z Wami tym, że mam kolejne sto dwadzieścia stron i trzysta tysięcy znaków – ja skasowałam tę relację z instagrama i facebooka. Wstydziłam się tego błędu. Nie mogłam go znieść. Nie mieściło mi się w głowie, że ślad, który zostawię o tej 23:31, będzie zdjęciem z błędem w opisie. I to błędem, który można by uznać za zamierzone działanie. Ale w mojej głowie to nadal była pomyłka.
To niczego nie naprawiło. Choć usunęłam i nie zostało nic. Oprócz żalu. Że perfekcjonizm spowodował utratę autentyczności i relacji z Wami – na gorąco, w emocjach. Nawet teraz, gdy piszę te słowa, wracam wzrokiem do poprzednich akapitów i poprawiam, poprawiam, poprawiam...
Podczas pisania czuję coś podobnego. Fakt, że przez trzy lata byłam redaktorką cudzych tekstów, sprawił, że nie potrafię po prostu pisać swojego. Równocześnie łączę w sobie role pisarza, redaktora i korektora. I to widać – zwróciła mi na to uwagę jedna z redaktorek, gdy podesłałam jej manuskrypt „Marionetki” (spytała, czy korzystałam z programów korektorskich – uśmiechnęłam się wtedy z zakłopotaniem do ekranu laptopa. Ten program korektorski to ja – mój wewnętrzny krytyk i mój wewnętrzny redaktor, dzięki którym proces pisania może i jest precyzyjniejszy niż kiedykolwiek, ale równocześnie jest dużo bardziej bezlitosny i wymagający).
Dzielę się tym z Wami, by pokazać tę stronę Livii, o której nie zdawałam sobie sprawy: jak bardzo uzależniona jestem od tego, by „ładnie istnieć w internecie”, nie potrafiąc równocześnie istnieć PO PROSTU – z błędami i tym zawahaniem, które po wielogodzinnej, najczęściej nocnej intensywnej pracy twórczej, jest po prostu normalne.
A równocześnie mogę przyznać się do braku energii i – być może – umiejętności, by funkcjonować jako pisarka w social mediach. Dlatego dziś zdjęcie, które jest dla mnie dużym wsparciem, bo pokazuje pisarkę w procesie – która potrafi się zatrzymać i po prostu BYĆ.
Wracam do ponownego czytania tych stu dwudziestu stron, walcząc z pokusą pisania komentarzy i pytań do swojego własnego tekstu – czy tego nie jest za dużo, czy tu nie jest za mało, czy to się spina, jakbym chciała już wejść w dialog – nie tylko z tekstem, ale i z czytelnikiem. Redaktorka, która bierze „Marionetkę” na kolegium redakcyjne w przyszłym tygodniu, dostanie ode mnie coś jeszcze – i mam nadzieję, że, jak wtedy, gdy odpowiedziała na propozycję wydawniczą w przeciągu DOBY (!), tak teraz również „kupię ją tym tekstem”, czyli tomem drugim, w którym konsekwencja splata się z konfrontacją – i nie bierze jeńców.
05/01/2026
Zamykam dzisiejszy wieczór sceną, która mnie wykończyła.
Uwielbiam to uczucie - to fizyczne spięcie w karku i serce, które przez chwilę bije jakby za kilka osób.
To już nie jest myślenie o tym "co się wydarzy", tylko "jak".
Dziś zasłużyłam na kakao.
A Wy przeczytajcie coś ładnego.
01/01/2026
Ten moment, kiedy świat czeka na zmianę.
A największe zmiany dzieją się tam, gdzie świat jeszcze nic nie widzi.
___________________
Na zewnątrz wszystko przypominało próbę generalną przed końcem świata.
Fajerwerki wystrzeliwały za wcześnie, jakby nikt nie miał już cierpliwości, by czekać na północ. Śnieg padał kapryśnie, przylepiał się do szyb, topniał na rozgrzanych dłoniach.
W środku było cieplej, ale nie spokojniej.
Black Stag Inn pulsował: raz śmiechem, raz gwarem, raz czyimś fałszywym „Loch Lomond” którego nikomu nie chciało się śpiewać do końca.
Milo siedział przy oknie. Miał przed sobą książkę, ale nie czytał. Palce leżały na otwartej stronie, wzrok dryfował gdzieś za szybę.
Elena krążyła między stolikami, niosąc tacę jak tarczę. Szklanki zderzały się o siebie, tworząc chaotyczną muzykę, a ona swobodnie poruszała się w tym rytmie. Czasem ktoś zawołał jej imię, czasem stuknął się z nią kieliszkiem; uśmiechała się, choć każdy uśmiech przychodził trochę z opóźnieniem. Jakby samą siebie pytała, czy może się uśmiechnąć.
Z radia płynęła muzyka, która nie wiedziała, czy ma być melancholijna, czy wesoła. Z sufitu zwisały serpentyny, w rogu ktoś śmiał się zbyt głośno, a powietrze gęstniało od rozgrzanego powietrza, niezałatwionych spraw, podsumowań, życzeń i oczekiwań.
Za oknem rozległ się huk. Ktoś z ulicy krzyknął coś w obcym języku, a niebo rozdarło się na moment blaskiem, który rozświetlił twarze ludzi przy stolikach.
Elena przymknęła oczy. Niemal poczuła zapach prochu. Rok się kończył, a z nim kończyło się coś jeszcze; coś, czego nie umiała jeszcze nazwać.
A może właśnie coś się zaczynało.
© Livia Wagner
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.